Nie mogła tak od razu pozwolić sobie na to, żeby przestać być czujną w jego towarzystwie. Jasne, zmiana w jego zachowaniu była widoczna, dało się ją wyczuć i w tonie głosu i w tym, co do niej mówił, to jednak nie znaczyło wcale, że miało się to utrzymać jakoś długo. Nigdy nie wiadomo, kiedy znowu go czymś rozjuszy, albo co będzie mogło spowodować, że wrócą do tych normalnych stosunków. Próbowała więc się dostosować, nie zamierzała burczeć na niego w święta, ale pozostawała ostrożna.
Nie odrywała od niego wzroku, co nie powinno go dziwić, bo te reniferowe rogi całkiem śmiesznie dyndały mu na czubku głowy, poruszały się na różne strony, kiedy coś mówił, trudno było jej się skupić na czymś innym, co ciekawe, wcale nie uważała, że wyglądał głupio, to było nawet całkiem urocze... Nie powinna tak myśleć, przygryzła dolną wargę, kiedy się na tym złapała. Aloysius nie był uroczy! Szkoda tylko, że trudno było jej się pozbyć tej myśli, mimo, że naprawdę próbowała.
- Może jakaś nowa rodzina nietoperzy postanowi się tu wprowadzić, do kolejnego Yule, wtedy również wyruszą na urlop i będziemy musieli czekać na kolejną. - Kontynuowała temat, bardzo lekko, jakby rozmawiali o najbardziej oczywistej rzeczy na świecie. Nie czuła, że się zbłaźni, chociaż przecież to o czym mówili było naprawdę absurdalne, czasem jednak dobrze było oderwać się od faktów. Kiedyś często rozmawiali w ten sposób, dobrze było do tego wrócić. Powoli, bardzo powoli przestawała się pilnować, nadal mogła się wydawać nieco spięta, ale nie prostowała się już tak wyraźnie, jakby czekała na atak i musiała go odeprzeć.
- Może zapomniał okularów, czy coś? - Nie, żeby Horacy nosił okulary na co dzień, może jednak miał jakieś problemy ze wzrokiem, o których nikomu nie wspominał. - Chociaż nie wiem, czy okulary są potrzebne do tego, aby dostrzec różnicę między pomnikiem, a żywym człowiekiem. - No, kamień był kamieniem, nawet jeśli wyrzeźbiono z niego coś, co miało przypominać ludzką istotę. Chyba nie istniało żadne logiczne wytłumaczenie, które pozwoliłoby wyjść z tej sytuacji profesorowi z twarzą.
- Opiekowałbyś się profesorem? Niesamowite, że w ogóle przeszło Ci to przez myśl. - Raczej miała go za obojętnego co do tego, co działo się wokół niego. Jasne, nie zrobił tego, ale jeśli faktycznie się nad tym zastanawiał? Była naprawdę zdziwiona jego zachowaniem.
- Jeśli jednak rozwaliłby sobie łeb, to może by się czegoś nauczył? - Na przykład tego, że nie powinien się upijać podczas kolacji, chociaż czy byłoby to odpowiednią nauczką? Raczej nie wydawało jej się, często nawet jeśli sparzyło się dość mocno to nadal chciało się podejść bliżej ognia. Tak jak ona miała z Aloysius'em. Niby wiedziała, że to tylko kwestia czasu, kiedy znowu w nią uderzy, ale nie miała nic przeciwko temu, żeby znajdować się tak blisko niego i prowadzić z nim tę konwersację.
Prudence nie była duszą towarzystwa, nie popełniała raczej tych typowych błędów z których rodzice nie byli dumni, bo nie widziała takiej potrzeby. Zresztą co to za przyjemność upijać się w samotności? Ominęły ją więc póki co podobne doświadczenia. Znała smak alkoholu, ale nie wiedziała co to znaczy się upić, czy doprowadzić do stanu nieważkości.
Zmrużyła oczy, kiedy usłyszała jego kolejną odpowiedź. No jasne, że nie była to niezbędna umiejętność, wręcz przeciwnie, ta dalsza część wypowiedzi spowodowała, że na chwilę na jej twarzy pojawił się grymas, no jasne, wszyscy ważni się na tym znali, a ona nie była ważna, ani nie miała być ważna, więc nie musiała zagłębiać się w ten temat. Proste. Nie powiedział tego jednak tym tonem, którym zazwyczaj ją obrażał, być może więc po prostu dość niefortunnie złożył słowa. - Tak, wszyscy ważni się na tym znają i lubią go pić. - Dodała jedynie od siebie.
- Będą krążyć opowieści o tajemniczym zniknięciu profesora Slughorna i mało kto będzie wiedział, co się z nim stało, pewnie nikt nie wpadnie na to, że po prostu się nawalił i musi to odespać. - Nie wydawało jej się, aby większość uczniów zwróciła uwagę na to, jak wlewał w siebie wino przy stole, byli zbyt zajęci rozmowami, a jak wiadomo takie zniknięcie zawsze powodowało plotki.
Powiedziała mu dlaczego się tutaj znalazła po tym, jak wspomniał jej, że sam szuka dzisiaj spokoju. Otworzyła się przed nim, jak na nich dość mocno. Nie robili tego od lat. Zresztą to mogło być trochę głupie, to całe gadanie o śniegu, o tym, że lubiła go oglądać, że nikt jej tutaj nie mógł przeszkodzić, ale nie zamilkła, chciała się tym z nim podzielić, więc mówiła.
Nie skomentował tego, nie nabijał się z niej, co utwierdziło ją w tym, że faktycznie w Yule Rookwood robił się nieco bardziej ludzki, trochę nawet przypominał jej tego Wish'a którego tak lubiła. Może i trzymali dystans, znajdowali się w odpowiedniej odległości, aby nie zaburzyć dynamiki, jednak trochę wzięło ją na wspomnienia.
- To byłoby niezłe, chyba nawet jeszcze nikt wcześniej nie zakończył tutaj swojego żywota w zaspie śnieżnej, mogłabym być fajnym duchem, o którym krążyłoby wiele opowieści. - To na pewno lepsze, niż śmierć w łazience - nie umniejszając Marcie. - Na pewno byś sobie poradził z odkopaniem mnie, Ty zawsze przecież znajdujesz jakieś rozwiązanie. - Wymsknęło jej się, ale taka była prawda, co by się nie działo, to radził sobie ze wszystkim, nie brakowało mu odwagi, nie pozwalał, aby coś go przygniotło, otrzepywał się i szedł dalej. Zazdrościła mu tego. - Chociaż zniknięcie nie byłoby takie najgorsze. - Oczywiście, że ta opcja wydawała jej się być bardzo atrakcyjna, Prue lubiła niknąć, chować się, trzy miesiące pod grubą warstwą śniegu nie brzmiały najgorzej.
Zaproponowała mu, żeby został. Nie zastanawiała się nad tym jakoś specjalnie, był to jeden z naprawdę rzadkich dni, kiedy zachowywali się w stosunku do siebie całkiem neutralnie. Magia świąt, czy coś, warto było skorzystać z okazji, zresztą Prue nie lubiła spędzać świąt w samotności, nawet jego towarzystwo było lepsze od siedzienia tu w pojedynkę.
Usiadł na drugim końcu parapetu, robił to ostrożnie, jakby obawiał się, że może zmienić zdanie, nie zrobiłą tego jednak, przyglądała się znowu tym jego reniferzym rogom, które poruszały się przy jego najdrobniejszym ruchu.
- Tak, zostałeś właśnie mianowany zastępstwem za nietoperze, to bardzo ważna rola. - Nie, żeby faktycznie kiedykolwiek tutaj jakieś spotykała, ale skoro takie były ich wewnętrzne ustalenia, to się tego trzymała.
Przeniosła wzrok ponownie za okno. Przyglądała się pojedynczym płatkom śniegu, które sypały się z nieba. Okolica wyglądała naprawdę malowniczo, nie odzywała się przy tym ani słowem. Nie zawsze trzeba było coś mówić, kiedyś, kiedy potrafili ze sobą rozmawiać, umieli również milczeć w swoim towarzystwie. Teraz również ta cisza nie była problemem, czy ciężarem, wydawała się całkiem naturalna.
Poruszył się, co spowodowało, że ponownie na niego spojrzała. Nie miała pojęcia, czego szukał w tej swojej kurtce, była tego oczywiście ciekawa, więc czekała, aż znajdzie to, czego potrzebował.
Widziałą butelkę, nie wzbudziło w niej to jednak żadnych pytań, butelka jak butelka, pewnie zabrał ją z Wielkiej Sali, czy coś.
- Lubię sok dyniowy. - Powiedziała cicho, obserwując go, kiedy upijał niewielki łyk z butelki. - Zabrałeś go ze sobą po kolacji? - Dopytała jeszcze, sama nie pomyślała o tym, żeby coś stamtąd wynieść - a szkoda.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control