10.12.2025, 11:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2025, 11:53 przez Brenna Longbottom.)
- Jasny szlag i ja pierdolę - syknęła Brenna, mocniej napierając na drzwi, ale te nawet nie drgnęły. Być może mogłaby znaleźć jakiś sposób, aby wyjść stąd bez drastycznych metod, tyle że... Dora znikła, nie miała pojęcia, gdzie jest Thomas, który powinien mieć wartę i zareagować na to zamieszanie, a Heather nie odpowiedziała na jej krzyk. To zaś oznaczało, że albo się oddaliła, albo z jakichś powodów głos Brenny nie przedostał się przez warstwę drewna.
Cóż, ostatecznie nie zamierzali tutaj mieszkać na stałe, prawda?
Brenna cofnęła się więc i wycelowała różdżką w drzwi, próbując wywołać niewielki wybuch w miejscu zamka.
Coś trzasnęło, kliknęło, zadymiało. Kobieta nie przypatrywała się zamkowi, nie próbowała sprawdzać, czy poczyniła trwałe szkody - a chyba tak - a znowu szarpnęła za drzwi.
- Heather?! - zawołała, wybiegając na zewnątrz. Nie widziała już Wood. I w jej oczach... W jej oczach wyglądało to trochę tak, jakby kolejna osoba właśnie znikła.
Co więcej nikt nie zareagował na jej krzyk, choć nie była cicho.
Tak głęboko spali czy może ktoś, coś, przytłumiało dźwięki, sprawiało, że te nie przedostawały się przez drzwi i ściany...? Zaklęcia wygłuszające, wciąż ciążące na zamku McClivertów? Nie wpadli przecież na to, aby stawać w dwóch pomieszczeniach i do siebie krzyczeć w ramach sprawdzania, jak to tu działa. Duchy? Jakieś nienaturalne sny, ściągnięte na nich przez byty?
Heather?
Powtórzyła falami i sekundę później trzasnęło, gdy zmieniła się w wilka: musiała poszukać tropów.
*
Heather Wood biegła.
Była w tym dobra: aktywność fizyczna zawsze stanowiła jej mocny punkt. Błyskawicznie przemierzyła więc korytarz, w którym się zatrzymali, a potem pokonała schody i skręciła w kolejny korytarz, jak się jej wydawało mający wieść do wyjścia. Tyle że… zamiast wypaść na dziedziniec wpadła do wielkiej sali, tonącej w mroku.
W ciemnościach, które panowały przed świtem, nie widziała dokładnie wnętrza. Mogła jedynie domyślać się, że była to kiedyś sala biesiadna. Jej krańce ginęły w mroku. Kiedyś, dwa czy trzy wieki temu, McClivertowie zasiadali tu przy ciężkich stołach, na ławach, podczas świąt, a na podwyższeniu ten, którego zabito, i który stał się przyczyną klątwy, przyjmował raz do roku przysięgę wierności od swoich ludzi.
Ale teraz większość stołów i ław poprzewracano. Heather widziała jedynie ich zarysy, najwyraźniej jednak w tym miejscu swego czasu toczyła się walka – a może tylko już po śmierci McClivertów zdołali dostać się tu jacyś złodzieje…? Nie to jednak przyciągało wzrok.
Przy jedynym nieprzewróconym stole w rzędzie siedziało kilka duchów.
– Dołącz do nas – powiedział jeden z nich, z mocnym, szkockim akcentem, podnosząc się, by wskazać Heather wolne miejsce.
Czy B. zdołała nadać fale
Cóż, ostatecznie nie zamierzali tutaj mieszkać na stałe, prawda?
Brenna cofnęła się więc i wycelowała różdżką w drzwi, próbując wywołać niewielki wybuch w miejscu zamka.
Rzut W 1d100 - 33
Sukces!
Sukces!
Coś trzasnęło, kliknęło, zadymiało. Kobieta nie przypatrywała się zamkowi, nie próbowała sprawdzać, czy poczyniła trwałe szkody - a chyba tak - a znowu szarpnęła za drzwi.
- Heather?! - zawołała, wybiegając na zewnątrz. Nie widziała już Wood. I w jej oczach... W jej oczach wyglądało to trochę tak, jakby kolejna osoba właśnie znikła.
Co więcej nikt nie zareagował na jej krzyk, choć nie była cicho.
Tak głęboko spali czy może ktoś, coś, przytłumiało dźwięki, sprawiało, że te nie przedostawały się przez drzwi i ściany...? Zaklęcia wygłuszające, wciąż ciążące na zamku McClivertów? Nie wpadli przecież na to, aby stawać w dwóch pomieszczeniach i do siebie krzyczeć w ramach sprawdzania, jak to tu działa. Duchy? Jakieś nienaturalne sny, ściągnięte na nich przez byty?
Heather?
Powtórzyła falami i sekundę później trzasnęło, gdy zmieniła się w wilka: musiała poszukać tropów.
*
Heather Wood biegła.
Była w tym dobra: aktywność fizyczna zawsze stanowiła jej mocny punkt. Błyskawicznie przemierzyła więc korytarz, w którym się zatrzymali, a potem pokonała schody i skręciła w kolejny korytarz, jak się jej wydawało mający wieść do wyjścia. Tyle że… zamiast wypaść na dziedziniec wpadła do wielkiej sali, tonącej w mroku.
W ciemnościach, które panowały przed świtem, nie widziała dokładnie wnętrza. Mogła jedynie domyślać się, że była to kiedyś sala biesiadna. Jej krańce ginęły w mroku. Kiedyś, dwa czy trzy wieki temu, McClivertowie zasiadali tu przy ciężkich stołach, na ławach, podczas świąt, a na podwyższeniu ten, którego zabito, i który stał się przyczyną klątwy, przyjmował raz do roku przysięgę wierności od swoich ludzi.
Ale teraz większość stołów i ław poprzewracano. Heather widziała jedynie ich zarysy, najwyraźniej jednak w tym miejscu swego czasu toczyła się walka – a może tylko już po śmierci McClivertów zdołali dostać się tu jacyś złodzieje…? Nie to jednak przyciągało wzrok.
Przy jedynym nieprzewróconym stole w rzędzie siedziało kilka duchów.
– Dołącz do nas – powiedział jeden z nich, z mocnym, szkockim akcentem, podnosząc się, by wskazać Heather wolne miejsce.
Czy B. zdołała nadać fale
Rzut PO 1d100 - 35
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.