— Oczywiście, że nie — zawtórował mu automatycznie. — Aczkolwiek, sam fakt, że interesuje się nią ktoś inny niż jej mąż, mógłby się paru osobom nie spodobać.
Pokręcił głową z lekkim przestrachem. Oczami wyobraźni widział już siebie w biurze Departamentu Skarbu, gdzie jest maglowany przez przewodniczących rodu Malfoyów oraz Lestrange'ów. Prędko odsunął od siebie tę perspektywę. W tych czasach nie potrzebował już dodatkowych materiałów na nocne koszmary, a ta wizja zdecydowanie mogłaby stać się jednym z nich. Z tego wszystkiego, aż zaczął odczuwać pulsujący ból głowy. Skrzywił się z niezadowoleniem, przeczesując niezgrabnie włosy, rujnując sobie poniekąd resztki fryzury. Potwierdził niewypowiedziane przeprosiny Elliotta krótkim skinieniem.
— Stare nawyki ciężko wykorzenić, czy coś w tym rodzaju. Mam nadzieję, że między wami będzie lepiej — powiedział spokojnie, nie chcąc sprawiać wrażenia, że każda uwaga Elliotta dotyczące jego domniemanego zainteresowania Eden jest odbierana jako wielki afront. — Poza w nic mnie nie wciągasz. Po prostu okazałeś... ciekawość. Powiedziałbym, że to grzech, ale mam wrażenie, że dzisiaj grzesznikiem numer jeden jest osoba odpowiedzialna za ten kryzys z bobrem.
Na szczęście nie dostrzegł jaką reakcję wywołały u blondyna jego słowa. Gdyby zauważył, że ten zaczął nagle pocierać oczy, zapewne momentalnie ogarnęłyby go wyrzuty sumienia. To przecież nie było tak, że chciał go urazić lub nie doceniał pochwały. Rozumiał, skąd się ona wywodziła, jednak nie była to dobra pora, na wdawanie się w długi wykład na temat tego, co Erik sądzi o swoim wizerunku. Biorąc pod uwagę, że wcale nie wylewali za kołnierz, dyskusja zapewne szybko straciłaby na tempie, aż jakiekolwiek próby wytłumaczenia się spełzłyby na niczym. Na szczęście prędko przeszli do innej kwestii, co pozwoliło im uniknąć tej wtopy.
— Nie mógłbym tego powiedzieć publicznie — powiedział dosyć wymownie, kładąc nacisk na ostatnie słowo. — Przecież dobrze to wiesz! Można rzucić takim żartem, ale przecież na najwyższym poziomie polityki, to wszystko załatwia się za zamkniętymi drzwiami. Jak te koguty brygadzistów, które u Ciebie wylądowały. — Podrapał się po głowie, starając się zebrać myśli, które zdawały się z każdą chwilą uciekać od niego coraz dalej w nieznane, sprawiając, że po prostu mówił pierwsze, co mu ślina na język przyniosła. Westchnął ciężko. — Zachciało się wam młodego Mistera Magii... Zaczynam podejrzewać, że nie chodzi wam o to, że mógłbym coś zmienić, po prostu chcecie mnie zobaczyć w tej odświętnej szacie Ministra Magii. Banda estetów. Wiem, że dobrze by na mnie leżała, ale nie trzeba od razu sięgać po oryginał. Są sklepy z szatami, na litość Merlina.
Zamrugał parę razy. Nie spodziewał się, że odstawi taki słowotok. Obrócił lekko głowę w stronę wyjść prowadzących do ogrodu, zahaczając spojrzeniem o rozgrzanych tańcem gości szukających ochłody na zewnątrz. Żeby tylko ten widok uspokoił jego własne myśli galopujące mu obecnie przez głowę, równie łatwo, jak nocny wiatr orzeźwi dzisiejszych gości. Eh, nawet on nie był odporny na działanie alkoholu i nikotyny. Jego sylwetka straciła na sztywności, jakby zdjęto mu z ramion jakiś niewidzialny ciężar. Nawet ruchy wydawały się leniwe, mniej zdecydowane, ale jednocześnie płynniejsze, jakby nie zaprzątał sobie głowy dokładnością wykonywanych gestów. Wypuścił powoli powietrze z ust, starając się uporządkować swoje myśli.
— Szczerze? Gdzieś daleko stąd, zwłaszcza po tym wszystko, co miało tu dziś miejsce. Może wybrzeże? — Otarł rękę o spodnie, zaciskając palce na materiale. — Przydałaby się łódka. Na tyle daleko od stałego lądu, żeby poczuć izolację, ale wystarczająco blisko, aby widzieć brzeg. W ostateczności mógłbym pójść na kompromis z boską opatrznością — Nachylił się lekko ku Elliottowi, przekrzywiając minimalnie głowę w bok, po czym zaczął wyliczać na palcach — Ty, ja, butelka wina, moja sypialnia i... partia szachów dla pobudzenia szarych komórek. Najlepiej z muzyką klasyczną graną przez zaczarowane instrumenty w tle. O, i deszczem za oknem.
W jego mniemaniu było to jednak całkiem sensowne. Nie chciał spędzić reszty przyjęcia z nikim innym. Chciał dotrzymać towarzystwa Elliottowi, a nie jednej z bezimiennych twarzy, które rodzice lub kuzyni zaprosili z okazji licytacji charytatywnej. Powinność. Gdyby był tak doskonały, jak twierdzono, bardziej doceniłby tę uroczystość, dalej odgrywając rolę złotego chłopca rodziny. A teraz był całkiem usatysfakcjonowany, rozwalony na kanapie w dusznej sali, pijąc i rozmawiając z Elliottem. Nie do końca, gdyż przebywanie w tym właśnie pomieszczeniu, który na cel obrał sobie chaos, przypominało mu o każdym niekontrolowanym geście, zawieszonym głosie, czy niecelnej ripoście. Czego by nie dał za spokojniejsze miejsce do rozmowy, odcięte od reszty balu.
— Dosyć rozbudowana wizja, czyż nie? — Wykrzywił usta w niewinnym półuśmiechu, najwyraźniej nieświadom wydźwięku swych poprzednich słów, nie podejrzewając nawet jaką reakcję mogą wywołać. Uroki upojonego wybornych musujących drinków. — A co z tobą? Nawet nie waż się myśleć o jakiejś wymijającej odpowiedzi. Wycisnąłeś ze mnie idealną wizję, więc oczekuję rekompensaty równie ważnej dla pana, panie Malfoy. — Oczy Erika rozbłysły na moment. — Biorąc pod uwagę, jak zręcznie operujesz pieniędzmi, nie mam wątpliwości, że będziesz w stanie znaleźć równie dużo wartą myśl.
Zmarszczył lekko brwi. Że też w tym stanie był w stanie sięgać po tak trafne komentarze. Dość szybko zapłacił jednak karę za tę chwilową jasność swojego pijanego szampanem umysły, gdyż zakręciło mu się w głowie. Po dniu pełnym wrażeń zarówno ciało, jak i umysł zaczynały odmawiać posłuszeństwa. A wymagająca sporego skupienia rozmowa z Malfoyem wcale nie pomagała, doprowadzając Longbottoma do granic wytrzymałości. Mógłbym zasnąć tu i teraz, gdybym tylko miał przy sobie tak ze trzy poduszki i ciepły koc, pomyślał, opierając policzek o oparcie kanapy.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞