02.03.2023, 02:29 ✶
Ulysses nie wiedział, co skłoniło go, by tego dnia – zamiast przesiedzieć czas, gdy Marsz Charłaków szedł ulicami czarodziejskiego Londynu w Ministerstwie Magii, pojawić się w jego pobliżu. Nie, nie szedł razem ze skandującymi hasła pozbawionymi magii ludźmi, ich rodzinami i przyjaciółmi. Nie znalazł się również po stronie tych, którzy zamierzali przemocą odpowiedzieć na manifestację.
Stał z boku, kompletnie niezdecydowany czy powinien pozostać na miejscu jak słup soli, czy odejść, zanim sprawy przybiorą gorszy obrót. Im dalej byłby w takiej chwili, tym większe prawdopodobieństwo, że w ogóle nie musiałby opowiadać się po którejkolwiek ze stron. A jeśli musiał… jeśli musiał, to wszystko zależało od tego, jak blisko niego znajdował się ojciec.
Osobiście nie czuł nienawiści do charłaków. Nie znaczyło to naturalnie, że żywił wobec pozbawionych magii jakieś cieplejsze uczucia. Na co dzień w ogóle nie zawracał sobie nimi głowy, traktując raczej jak ciekawostkę i smutną przestrogę, niż coś groźnego, czego powinien się, jeśli nie bać, to przynajmniej brzydzić.
Ale teraz stał i patrzył na nich jak zaczarowany. Mimowolnie wbijał sobie ich obraz do głowy, zapamiętywał twarze, ruchy, wykrzykiwane hasła. Zwracał uwagę nawet na patrolujących wydarzenie arurorów i członków brygady uderzeniowej. Był jak żywa kamera, rejestrująca na taśmie w swojej głowie cały pochód.
Wyróżniał się na tle zgromadzonych. Jak zwykle miał na sobie ciemny garnitur. W jednej ręce trzymał skórzaną aktówkę a jego buty były tak bardzo wypastowane, że lśniły nawet w bocznej uliczce. Przykładny pracownik Ministerstwa Magii, choć wyjątkowo spięty. Zawsze wyprostowany. Prawie się nie uśmiechający. Przyglądający się może i inteligentnie, ale na pewno nie przyjaźnie.
Odwrócił głowę w chwili, gdy zrozumiał, że ku manifestującym, zmierzała druga grupa, nieprzyjazna kontrmanifestacja. Zmarszczył brwi, ciągle nieprzekonany do tego, co powinien właściwie zrobić. Kolejne sekundy mijały. Czuł, jak uderza w niego coraz intensywniejsze woń zbyt wielu i zbyt różnych zapachów. Głosy, choć powinny zmieszać mu się w jeden, dolatywały do niego z niemal każdej strony. Wyławiał z nich kolejne zdania. Ulysses dotknął ręką głowy. Zbyt wiele bodźców.
Nie, nie mógł dłużej pozostać w tym miejscu. Lada moment do skandowania miały dołączyć inne krzyki. Nie chciał ich też kolekcjonować w swojej popsutej chorobą głowie na wieczność. Tak jak nie chciał na zawsze zapamiętać woni cudzych lęków, paranoi i nienawiści. Nie musiał tego robić. To nie była jego sprawa. W żadnej części i niezależnie od strony, po której miałby się opowiedzieć. Odwrócił się i pośpiesznie ruszył w drugą stronę. Chciał jak najszybciej oddalić się od manifestacji, umknąć przed hukiem przyszłych zaklęć, przed krzykami i płaczem, przed widokiem płonącego transparentu, przed rozbitymi nosami, rykami wściekłości i cudzym bólem.
Danielle dostrzegł przypadkiem. To nie tak, że ją znał szczególnie dobrze. Kojarzył ją jeszcze z Hogwartu. Wiedział, że była czarownicą, która potrafi splatać zaklęcia a nie charłaczką. I może przez to, a może przez coś jeszcze, czego sam nie potrafił lub nie chciał przed sobą wyjaśnić, właściwie wszedł jej w drogę. Przystanął, tarasując przejście.
- Nie idź tam – rzucił szybko. Chciał jej powiedzieć coś jeszcze, ale jak zwykle nie potrafił ubrać w słowa wszystkich myśli, które skłębiły mu się w głowie i walczyły o prym ze wszystkim tym, co z zewnątrz atakowało jego zmysły. – Idzie kontmanifestacja. To sprawa dla aurorów i brygadzistów.
Stał z boku, kompletnie niezdecydowany czy powinien pozostać na miejscu jak słup soli, czy odejść, zanim sprawy przybiorą gorszy obrót. Im dalej byłby w takiej chwili, tym większe prawdopodobieństwo, że w ogóle nie musiałby opowiadać się po którejkolwiek ze stron. A jeśli musiał… jeśli musiał, to wszystko zależało od tego, jak blisko niego znajdował się ojciec.
Osobiście nie czuł nienawiści do charłaków. Nie znaczyło to naturalnie, że żywił wobec pozbawionych magii jakieś cieplejsze uczucia. Na co dzień w ogóle nie zawracał sobie nimi głowy, traktując raczej jak ciekawostkę i smutną przestrogę, niż coś groźnego, czego powinien się, jeśli nie bać, to przynajmniej brzydzić.
Ale teraz stał i patrzył na nich jak zaczarowany. Mimowolnie wbijał sobie ich obraz do głowy, zapamiętywał twarze, ruchy, wykrzykiwane hasła. Zwracał uwagę nawet na patrolujących wydarzenie arurorów i członków brygady uderzeniowej. Był jak żywa kamera, rejestrująca na taśmie w swojej głowie cały pochód.
Wyróżniał się na tle zgromadzonych. Jak zwykle miał na sobie ciemny garnitur. W jednej ręce trzymał skórzaną aktówkę a jego buty były tak bardzo wypastowane, że lśniły nawet w bocznej uliczce. Przykładny pracownik Ministerstwa Magii, choć wyjątkowo spięty. Zawsze wyprostowany. Prawie się nie uśmiechający. Przyglądający się może i inteligentnie, ale na pewno nie przyjaźnie.
Odwrócił głowę w chwili, gdy zrozumiał, że ku manifestującym, zmierzała druga grupa, nieprzyjazna kontrmanifestacja. Zmarszczył brwi, ciągle nieprzekonany do tego, co powinien właściwie zrobić. Kolejne sekundy mijały. Czuł, jak uderza w niego coraz intensywniejsze woń zbyt wielu i zbyt różnych zapachów. Głosy, choć powinny zmieszać mu się w jeden, dolatywały do niego z niemal każdej strony. Wyławiał z nich kolejne zdania. Ulysses dotknął ręką głowy. Zbyt wiele bodźców.
Nie, nie mógł dłużej pozostać w tym miejscu. Lada moment do skandowania miały dołączyć inne krzyki. Nie chciał ich też kolekcjonować w swojej popsutej chorobą głowie na wieczność. Tak jak nie chciał na zawsze zapamiętać woni cudzych lęków, paranoi i nienawiści. Nie musiał tego robić. To nie była jego sprawa. W żadnej części i niezależnie od strony, po której miałby się opowiedzieć. Odwrócił się i pośpiesznie ruszył w drugą stronę. Chciał jak najszybciej oddalić się od manifestacji, umknąć przed hukiem przyszłych zaklęć, przed krzykami i płaczem, przed widokiem płonącego transparentu, przed rozbitymi nosami, rykami wściekłości i cudzym bólem.
Danielle dostrzegł przypadkiem. To nie tak, że ją znał szczególnie dobrze. Kojarzył ją jeszcze z Hogwartu. Wiedział, że była czarownicą, która potrafi splatać zaklęcia a nie charłaczką. I może przez to, a może przez coś jeszcze, czego sam nie potrafił lub nie chciał przed sobą wyjaśnić, właściwie wszedł jej w drogę. Przystanął, tarasując przejście.
- Nie idź tam – rzucił szybko. Chciał jej powiedzieć coś jeszcze, ale jak zwykle nie potrafił ubrać w słowa wszystkich myśli, które skłębiły mu się w głowie i walczyły o prym ze wszystkim tym, co z zewnątrz atakowało jego zmysły. – Idzie kontmanifestacja. To sprawa dla aurorów i brygadzistów.