02.03.2023, 03:26 ✶
Na gładkim czole pojawił się pionowy mars. Pewnie chodziło o to, że nie zrozumiał. Nie do końca to, co powiedziała. Albo też zrozumiał, ale odwrotność słów Lycoris (albo to, że powiedziała to tak śmiało) wprawiła Ulyssesa w konsternację. Naprawdę brzydziła się życia? To było naiwne pytanie, ale przez chwilę właśnie je chciał zadać. Jemu nie wydawało się obrzydzające. Było ciekawe, fascynujące, to tylko on… tylko on nie do końca potrafił się odnaleźć w większym tłumie ludzi. Chciał, próbował, ale nie potrafił. Wcześniej zrzucał tę swoją niezaradność towarzyską na karb choroby Milforda, na napływ zbyt wielu bodźców, które uderzały w jego umysł i sprawiały, że zamierał, próbując sobie wszystko uporządkować (a czasem dlatego, że ze wszystkich głosów chciał wyłowić tylko ten jeden, który mówił coś interesującego). Coraz częściej docierało do niego jednak, że to nie choroba była problemem, ale ten tkwił gdzieś głębiej w nim samym.
- Przyszedłem tutaj, żeby zdać książki – sprostował bezmyślnie.
To był rzeczywiście najpierwszy z powodów, dla których tu przyszedł. Drugi, nieco istotniejszy zawierał się w tym, że w tych dniach rzeczywiście tylko największe odludki znajdowały się w bibliotece i chociaż nie chciał być odludkiem, to siedząc w niej, nie był w Pokoju Wspólnym. Mógł więc udawać, że miał z kim spędzić ten czas, który tu spędził samotnie – choć przynajmniej w towarzystwie dobrej lektury (a na razie również w towarzystwie Lycoris). Trzeci, najgłupszy, że wcale nie chciał tu być, że miał tu przyjść tylko na chwilę, zwrócić te przeklęte cudze książki a potem przyłączyć się do tych, którzy je wypożyczyli. To w trakcie drogi tu, Irytek uświadomił go, że nie dostał żadnego zaproszenia.
Pewnie chodziło o to, że nie potrafił w metafory, że chociaż miał doskonałą pamięć matematyczną, brakowało mu wyobraźni. Nie umiał wyczytać znajdującego się między wypowiadanymi słowami ukrytego sensu. A gdyby mu przyszło czytać poezję, pewnie w przeważającej części, uznałby ją za zlepek czegoś pozbawionego sensu i logiki.
A jednak, gdyby miał coś jeszcze dodać do swoich słów, niechybnie dodałby, że on sam nie nawykł do prawdy, że mimo wszystkich danych, które posiadał, prawda umykała mu jak coś ulotnego i niedościgłego, że poznawał ją zazwyczaj po czasie. I, że często zadowoliłby się kłamstwem, gdyby tylko mógł w nim trwać.
- Nie wiem, czy bardziej powinienem ci po tych słowach zazdrościć czy współczuć – zauważył cicho, znowu zerkając w kierunku bibliotekarki. – Zazdrościć braku strachu i współczuć braku zaskoczeń – dopowiedział na wszelki wypadek Ulysses. Nie chciał zabrzmieć nieprzyjemnie a przeszło mu przez myśl, że właśnie nieprzyjemnie zabrzmiała jego wcześniejsza uwaga. – Umiałabyś przepowiedzieć przyszłość samej sobie? – zapytał, zastanawiając się jednocześnie, czy jeśli potrafiła to zrobić, to czy również zrobiła to.
- Przyszedłem tutaj, żeby zdać książki – sprostował bezmyślnie.
To był rzeczywiście najpierwszy z powodów, dla których tu przyszedł. Drugi, nieco istotniejszy zawierał się w tym, że w tych dniach rzeczywiście tylko największe odludki znajdowały się w bibliotece i chociaż nie chciał być odludkiem, to siedząc w niej, nie był w Pokoju Wspólnym. Mógł więc udawać, że miał z kim spędzić ten czas, który tu spędził samotnie – choć przynajmniej w towarzystwie dobrej lektury (a na razie również w towarzystwie Lycoris). Trzeci, najgłupszy, że wcale nie chciał tu być, że miał tu przyjść tylko na chwilę, zwrócić te przeklęte cudze książki a potem przyłączyć się do tych, którzy je wypożyczyli. To w trakcie drogi tu, Irytek uświadomił go, że nie dostał żadnego zaproszenia.
Pewnie chodziło o to, że nie potrafił w metafory, że chociaż miał doskonałą pamięć matematyczną, brakowało mu wyobraźni. Nie umiał wyczytać znajdującego się między wypowiadanymi słowami ukrytego sensu. A gdyby mu przyszło czytać poezję, pewnie w przeważającej części, uznałby ją za zlepek czegoś pozbawionego sensu i logiki.
A jednak, gdyby miał coś jeszcze dodać do swoich słów, niechybnie dodałby, że on sam nie nawykł do prawdy, że mimo wszystkich danych, które posiadał, prawda umykała mu jak coś ulotnego i niedościgłego, że poznawał ją zazwyczaj po czasie. I, że często zadowoliłby się kłamstwem, gdyby tylko mógł w nim trwać.
- Nie wiem, czy bardziej powinienem ci po tych słowach zazdrościć czy współczuć – zauważył cicho, znowu zerkając w kierunku bibliotekarki. – Zazdrościć braku strachu i współczuć braku zaskoczeń – dopowiedział na wszelki wypadek Ulysses. Nie chciał zabrzmieć nieprzyjemnie a przeszło mu przez myśl, że właśnie nieprzyjemnie zabrzmiała jego wcześniejsza uwaga. – Umiałabyś przepowiedzieć przyszłość samej sobie? – zapytał, zastanawiając się jednocześnie, czy jeśli potrafiła to zrobić, to czy również zrobiła to.