02.03.2023, 15:38 ✶
- Wiesz, że każde takie suszenie w jakiś sposób narusza strukturę pergaminu? W końcu nie wytrzyma i się rozsypie. Zniszczeń magicznych nie naprawisz tak łatwo, jak mechanicznych – fuknęła na niego w myślach. Najzwyczajniej w świecie nie lubiła, gdy ktoś niszczył książki, których akurat potrzebowała. Jeśli chodziło o te czarnomagiczne, które w jakiś sposób przydałyby się kolegom jej świętej pamięci męża, to już inna kwestia. Nie ulegały zapłonowi, woda nie zawsze skutkowała odpowiednim efektem. O wiele bardziej bawiło ją testowanie na nich efektów różnych eliksirów – jak chociażby skurczenie do rozmiarów mszycy, by nikt nie dostrzegł ich treści gołym okiem.
- A mimo to masz wymagania, co powinnyśmy zrobić po twojej śmierci – posłała mu myśl, wywracając oczami. – Mogę ci dać pamiętnik dziewiętnastowiecznego uzdrowiciela, który rozkroił wampira. Ale uprzedzam, opisy są dość drastyczne i szczegółowe, bo robił to na żywca – dodała jeszcze na jego marudzenie, uśmiechając się przy tym złośliwie. Przez niego zyskała tendencją zaglądania do każdej pozycji, która tylko napomykała o tych nocnych, żywiących się krwią istotach. Jak na kogoś, kto stał się jedną z nich, Cody – przynajmniej jej zdaniem – zbyt mało się na ich temat dowiadywał. Na jego miejscu nie wychodziłaby z tej biblioteki, dopóki nie przeczytałaby wszystkich istniejących pozycji.
- To nie musi być krew czarodziejów, prawda? – upewniła się, nie do końca przekonana. – Jeśli nie, masz do wyboru setki mugolskich szpitali. Tam o wiele łatwiej nie rzucać się w oczy, bo nie wiedzą o twoim istnieniu – zaoferowała, chociaż znając Cody’ego, pewnie coś spieprzy i będzie się musiał babrać z Brygadą Uderzeniową i Amnezjatorami, by naprawić szkody wywołane w niemagicznej części Londynu. Im więcej czasu z nim ostatnio spędzała, tym bardziej zdawało jej się, że cała ta przemiana jeszcze bardziej nakręcała jego cechy charakteru. Zdawał się być jeszcze bardziej sobą, niż dotychczas, a to ją momentami irytowało. Wolała ciszę i spokój, zajmowanie się własnymi sprawami. W przeciwieństwie do Alice nie fascynował ją tak entuzjazm innych osób.
- Oczywiste, że jestem genialna. Jeszcze tego nie zauważyłeś? – Znów wywróciła oczami. – Zaklęcia mające cię ochronić przed bandą chłopów w maskach są wszędzie takie same, niezależnie od tego, gdzie byś nie mieszkał. Całą resztę obmyślimy na bieżąco, jak już tę chatę dostaniesz. Poza tym… Po co mam cię odwiedzać, skoro ty przychodzisz do mnie? – ciągnęła dalej, uśmiechając się pod nosem i ruszyła w kierunku alejki z księgami mówiącymi o zaklęciach ochronnych. Wiele z nich to były buble wykorzystywane przy amuletach chroniących przed ghoulami czy wilkołakami. Niektóre jednak zdawały się całkiem przydatne i to właśnie po nie zamierzała sięgnąć, by pomóc przyjacielowi.
- A mimo to masz wymagania, co powinnyśmy zrobić po twojej śmierci – posłała mu myśl, wywracając oczami. – Mogę ci dać pamiętnik dziewiętnastowiecznego uzdrowiciela, który rozkroił wampira. Ale uprzedzam, opisy są dość drastyczne i szczegółowe, bo robił to na żywca – dodała jeszcze na jego marudzenie, uśmiechając się przy tym złośliwie. Przez niego zyskała tendencją zaglądania do każdej pozycji, która tylko napomykała o tych nocnych, żywiących się krwią istotach. Jak na kogoś, kto stał się jedną z nich, Cody – przynajmniej jej zdaniem – zbyt mało się na ich temat dowiadywał. Na jego miejscu nie wychodziłaby z tej biblioteki, dopóki nie przeczytałaby wszystkich istniejących pozycji.
- To nie musi być krew czarodziejów, prawda? – upewniła się, nie do końca przekonana. – Jeśli nie, masz do wyboru setki mugolskich szpitali. Tam o wiele łatwiej nie rzucać się w oczy, bo nie wiedzą o twoim istnieniu – zaoferowała, chociaż znając Cody’ego, pewnie coś spieprzy i będzie się musiał babrać z Brygadą Uderzeniową i Amnezjatorami, by naprawić szkody wywołane w niemagicznej części Londynu. Im więcej czasu z nim ostatnio spędzała, tym bardziej zdawało jej się, że cała ta przemiana jeszcze bardziej nakręcała jego cechy charakteru. Zdawał się być jeszcze bardziej sobą, niż dotychczas, a to ją momentami irytowało. Wolała ciszę i spokój, zajmowanie się własnymi sprawami. W przeciwieństwie do Alice nie fascynował ją tak entuzjazm innych osób.
- Oczywiste, że jestem genialna. Jeszcze tego nie zauważyłeś? – Znów wywróciła oczami. – Zaklęcia mające cię ochronić przed bandą chłopów w maskach są wszędzie takie same, niezależnie od tego, gdzie byś nie mieszkał. Całą resztę obmyślimy na bieżąco, jak już tę chatę dostaniesz. Poza tym… Po co mam cię odwiedzać, skoro ty przychodzisz do mnie? – ciągnęła dalej, uśmiechając się pod nosem i ruszyła w kierunku alejki z księgami mówiącymi o zaklęciach ochronnych. Wiele z nich to były buble wykorzystywane przy amuletach chroniących przed ghoulami czy wilkołakami. Niektóre jednak zdawały się całkiem przydatne i to właśnie po nie zamierzała sięgnąć, by pomóc przyjacielowi.