13.12.2025, 15:47 ✶
Zło niosło się po Pokątnej echem.
Cóż powinien robić?
To nie były tylko dźwięki buchającego ognia trawiącego budynki, załamującego stropy, niszczącego dobytek jego sąsiadów. To były krzyki, jęki. Oh, jak bardzo Garrick Ollivander chciałby być w stanie pomóc każdemu, kto tej pomocy potrzebował, ale pomijając już nawet strach mrożący go w miejscu, kiedy tylko miał wyjść ze sklepu... cóż niby miałby zrobić? Co dokładnie? Rzucić się na tych morderców z dłutem? Jakkolwiek głupie to nie było, najlepszy różdżkarz w okolicy nie był najlepszym czarodziejem. Był rzemieślnikiem, któremu ubywało na tym świecie czasu. Dłonie mu się trzęsły, coraz trudniej mu przychodziło trzymanie narzędzi, krzywo wiązał sobie muchę i krawat. Przestał się golić, bo nie zliczył ile razy się zacinał, ani ile zębów mu się ruszało zwiastując rychłe dołączenie do tych, które mu już wypadły.
Ale był tu ten chłopak. Chłopak, w którym wielu widziało już dorosłego mężczyznę, a Garrick na przekór temu widział w nim chłopaka. I to go jakoś podbudowywało. Mógł być stary i nie żyć wystarczająco poprawnie do zachowania młodości, za którą tak wszyscy gonili, ale on na widok tych oczu smutnych i delikatnego uśmiechu nabierał mocy – bo czuł nagle, że ktoś potrzebował mieć w nim oparcie. Może się budziła w nim ojcowska strona, a może coś innego w tym było. Garrick wiedział jednak, że tę herbatę przygotuje, choćby miał sobie wrzątkiem zalać palce.
Odetchnął głęboko. Tym powietrzem śmierdzącym spalenizną i rozpaczą. Musiał go na moment zostawić, żeby zniknąć na zapleczu. Ale tutaj było przecież miejsce, żeby usiąść. Z dobrym widokiem na antresolę pełną różdżek – dobytku Ollivanderów, dziełami wartymi fortunę, wykonywanych przez pokolenia magów noszących to nazwisko. To miejsce było starsze niż Londyn i nie był to pierwszy pożar stolicy, jaki musiało przetrwać.
– Oh Samuelu – powiedział roztargniony, kiedy już zaklął czajnik, filiżanki i cukiernicę aby przyleciały tu kiedy się tylko zagrzeją – kiedy byłem w twoim wieku, coś podobnego ogarnęło stolicę, doprowadzili do tego mugole z kontynentu. Próbowali złamać mugolski rząd, żeby się poddali i ulegli Adolfowi Hitlerowi. Nalot zaplanowali na jesień, żeby jak największą ilość osób pozbawić domów. – Nawet jego zdziwiło, jak bardzo nałożyły się na siebie te daty... – Nie wychodziłem wtedy z warsztatu. Pracowaliśmy z ojcem całymi dniami, a w nocy drzemaliśmy na wersalce.
Zmierzał do tego, że był gotów to powtórzyć, choć w innej roli.
Cóż powinien robić?
To nie były tylko dźwięki buchającego ognia trawiącego budynki, załamującego stropy, niszczącego dobytek jego sąsiadów. To były krzyki, jęki. Oh, jak bardzo Garrick Ollivander chciałby być w stanie pomóc każdemu, kto tej pomocy potrzebował, ale pomijając już nawet strach mrożący go w miejscu, kiedy tylko miał wyjść ze sklepu... cóż niby miałby zrobić? Co dokładnie? Rzucić się na tych morderców z dłutem? Jakkolwiek głupie to nie było, najlepszy różdżkarz w okolicy nie był najlepszym czarodziejem. Był rzemieślnikiem, któremu ubywało na tym świecie czasu. Dłonie mu się trzęsły, coraz trudniej mu przychodziło trzymanie narzędzi, krzywo wiązał sobie muchę i krawat. Przestał się golić, bo nie zliczył ile razy się zacinał, ani ile zębów mu się ruszało zwiastując rychłe dołączenie do tych, które mu już wypadły.
Ale był tu ten chłopak. Chłopak, w którym wielu widziało już dorosłego mężczyznę, a Garrick na przekór temu widział w nim chłopaka. I to go jakoś podbudowywało. Mógł być stary i nie żyć wystarczająco poprawnie do zachowania młodości, za którą tak wszyscy gonili, ale on na widok tych oczu smutnych i delikatnego uśmiechu nabierał mocy – bo czuł nagle, że ktoś potrzebował mieć w nim oparcie. Może się budziła w nim ojcowska strona, a może coś innego w tym było. Garrick wiedział jednak, że tę herbatę przygotuje, choćby miał sobie wrzątkiem zalać palce.
Odetchnął głęboko. Tym powietrzem śmierdzącym spalenizną i rozpaczą. Musiał go na moment zostawić, żeby zniknąć na zapleczu. Ale tutaj było przecież miejsce, żeby usiąść. Z dobrym widokiem na antresolę pełną różdżek – dobytku Ollivanderów, dziełami wartymi fortunę, wykonywanych przez pokolenia magów noszących to nazwisko. To miejsce było starsze niż Londyn i nie był to pierwszy pożar stolicy, jaki musiało przetrwać.
– Oh Samuelu – powiedział roztargniony, kiedy już zaklął czajnik, filiżanki i cukiernicę aby przyleciały tu kiedy się tylko zagrzeją – kiedy byłem w twoim wieku, coś podobnego ogarnęło stolicę, doprowadzili do tego mugole z kontynentu. Próbowali złamać mugolski rząd, żeby się poddali i ulegli Adolfowi Hitlerowi. Nalot zaplanowali na jesień, żeby jak największą ilość osób pozbawić domów. – Nawet jego zdziwiło, jak bardzo nałożyły się na siebie te daty... – Nie wychodziłem wtedy z warsztatu. Pracowaliśmy z ojcem całymi dniami, a w nocy drzemaliśmy na wersalce.
Zmierzał do tego, że był gotów to powtórzyć, choć w innej roli.
no rain,
no flowers.
no flowers.