13.12.2025, 21:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.12.2025, 21:58 przez Gabriel Montbel.)
Zatrzymał się w miejscu, a nagle wszystko - i ten ogród, i Londyn i nawet te róże - straciło znaczenie wobec słów, które wypowiedziała piękna wiedźma.
I na alergię na słońce można coś zaradzić
Zaschło mu w ustach. Przed dwoma wiekami, znał pewien lek, pewną specyficzną klątwę silniejszą niż ta, która rządziła prawami jego natury. Przez ułamek sekundy zląkł się, że świeżo poznana kobieta jakimś cudem odnalazła plugawą rzeźbę, że to co zostało zniszczone i ukryte, prawem opowieści rządzącym światem zostało znalezione i...
Nie.
Odrzucił tę myśl. Wierzył całym sobą, że wiedziałby. Jego los był zbyt ciasno związany z artefaktem. Cóż więc innego?
– Szanowna pani, umiłowana gospodyni w tym szacownym miejscu... proszę... proszę tak nawet nie żartować – lata osamotnienia nadszarpnęły nieco jego dworskiej kokieterii, zdał się nerwowy własnym pragnieniem, aby w tym co powiedziała było choć ziarnko prawdy. Tak bardzo chciałby. – A pani, pani ton... nie sugerują żartu. Sugerują, że pani coś wie... Ja wiem, ja wiem, że rodzina Lestrange to rodzina badaczy, to rodzina, która zgłębia tajniki świata, ale.... – wyciągnął dłoń do ramienia, powstrzymał się jednak. Nie kręciło mu się w głowie od nadmiaru emocji, bo jego ciało działało w inny sposób, ale myśli... Możliwości. I bynajmniej nie rozważał masowych mordów, te można było czynić w każdej godzinie a i londyńska rzeczywistość mogła pokazać, że nie potrzeba było być wampirem, ażeby niszczyć świat na szeroką skalę (o tym, że Lord Voldemort wampirem nie jest Montbel miał niemalże stuprocentową pewność, głównie przez wzgląd że raczej by wiedział o zbiorowym polowaniu na tego, który łamie wampirze prawa, pod tym względem jego pobratymcy byli bardzo konsekwentni, co dało im możliwość przetrwania do dni obecnych). – Chciałbym... czy mógłbym... ja... – To było takie upokarzające, ale hrabia robił w ostatnich latach o wiele więcej o wiele bardziej upokarzających rzeczy. – Jest pewna dama, której winien jestem swoje życie. Wspomniana ciocia pani z resztą. – odchrząknął bardzo zafrapowany własnymi myślami, odczuciami i wszystkim tym co gdzieś się w nim tliło i sprawiało, że chciał wieczorami wychynąć z łóżka. – Móc ofiarować jej wschód słońca... też, tak jak ja nie widziała go od... od zbyt dawna. – Musiał ochłonąć, to pewne. W licytacjach, w targowaniu się nie powinno odsłaniać się tak otwarcie, jak to uczynił, ale zawsze był osobą zbyt łatwo poddającą się impulsom. A gdy chodziło o Lucy... tych impulsów było zbyt wiele, w zbyt wielu kierunkach.
Tymczasem oranżeria.
Tymczasem doniczka.
Tymczasem...
– Cóż, według tej kartki którą widziałem na zniszczonej bramie powinniśmy być ostrożni, ale zaufać instynktowi. Nie dziwię się teraz wcale temu ostrzeżeniu, choć... mam dziwne poczucie, że jeśli ten ogród się zmieni to straci dla mnie wiele, bo takim go właśnie poznałem. "Ogród, który słyszy, czuje i obserwuje..." – zacytował adnotację zarządczyni z nieukrywaną w żaden sposób nutą nostalgii. Nie myślał wcale o tym miejscu. Myślał o swoim domu. O przeklętych różach przez lata karmionych krwią. Westchnął ciężko, w końcu kładąc dłoń na ramieniu czarownicy, która zdawała się być coraz bardziej napięta obecną sytuacją. – Wiem, że nota mówiła, aby nie ingerować w to miejsce, ale mam taką myśl, żebyśmy zabrali stąd tę donicę i wyszli już. Czuję ten niepokój w powietrzu i nie chcę sprawdzać jak daleko możemy się posunąć. A ta sadzonka... może mój przyjaciel a pani krewny William widząc ją zainteresuje się bardziej co dzieje się na jego włościach? – zasugerował miękko, choć oczywiście nie zamierzał jakkolwiek jej przymuszać do decyzji. Może powinien zaproponować, że sam weźmie kwiat, ale... złapał się na zupełnie inny haczyk zmyślnej aurorki, która choć zimna jak noc, zdawała się zwiastować mu ciepło dnia. Ułuda warta uwierzenia.
I na alergię na słońce można coś zaradzić
Zaschło mu w ustach. Przed dwoma wiekami, znał pewien lek, pewną specyficzną klątwę silniejszą niż ta, która rządziła prawami jego natury. Przez ułamek sekundy zląkł się, że świeżo poznana kobieta jakimś cudem odnalazła plugawą rzeźbę, że to co zostało zniszczone i ukryte, prawem opowieści rządzącym światem zostało znalezione i...
Nie.
Odrzucił tę myśl. Wierzył całym sobą, że wiedziałby. Jego los był zbyt ciasno związany z artefaktem. Cóż więc innego?
– Szanowna pani, umiłowana gospodyni w tym szacownym miejscu... proszę... proszę tak nawet nie żartować – lata osamotnienia nadszarpnęły nieco jego dworskiej kokieterii, zdał się nerwowy własnym pragnieniem, aby w tym co powiedziała było choć ziarnko prawdy. Tak bardzo chciałby. – A pani, pani ton... nie sugerują żartu. Sugerują, że pani coś wie... Ja wiem, ja wiem, że rodzina Lestrange to rodzina badaczy, to rodzina, która zgłębia tajniki świata, ale.... – wyciągnął dłoń do ramienia, powstrzymał się jednak. Nie kręciło mu się w głowie od nadmiaru emocji, bo jego ciało działało w inny sposób, ale myśli... Możliwości. I bynajmniej nie rozważał masowych mordów, te można było czynić w każdej godzinie a i londyńska rzeczywistość mogła pokazać, że nie potrzeba było być wampirem, ażeby niszczyć świat na szeroką skalę (o tym, że Lord Voldemort wampirem nie jest Montbel miał niemalże stuprocentową pewność, głównie przez wzgląd że raczej by wiedział o zbiorowym polowaniu na tego, który łamie wampirze prawa, pod tym względem jego pobratymcy byli bardzo konsekwentni, co dało im możliwość przetrwania do dni obecnych). – Chciałbym... czy mógłbym... ja... – To było takie upokarzające, ale hrabia robił w ostatnich latach o wiele więcej o wiele bardziej upokarzających rzeczy. – Jest pewna dama, której winien jestem swoje życie. Wspomniana ciocia pani z resztą. – odchrząknął bardzo zafrapowany własnymi myślami, odczuciami i wszystkim tym co gdzieś się w nim tliło i sprawiało, że chciał wieczorami wychynąć z łóżka. – Móc ofiarować jej wschód słońca... też, tak jak ja nie widziała go od... od zbyt dawna. – Musiał ochłonąć, to pewne. W licytacjach, w targowaniu się nie powinno odsłaniać się tak otwarcie, jak to uczynił, ale zawsze był osobą zbyt łatwo poddającą się impulsom. A gdy chodziło o Lucy... tych impulsów było zbyt wiele, w zbyt wielu kierunkach.
Tymczasem oranżeria.
Tymczasem doniczka.
Tymczasem...
– Cóż, według tej kartki którą widziałem na zniszczonej bramie powinniśmy być ostrożni, ale zaufać instynktowi. Nie dziwię się teraz wcale temu ostrzeżeniu, choć... mam dziwne poczucie, że jeśli ten ogród się zmieni to straci dla mnie wiele, bo takim go właśnie poznałem. "Ogród, który słyszy, czuje i obserwuje..." – zacytował adnotację zarządczyni z nieukrywaną w żaden sposób nutą nostalgii. Nie myślał wcale o tym miejscu. Myślał o swoim domu. O przeklętych różach przez lata karmionych krwią. Westchnął ciężko, w końcu kładąc dłoń na ramieniu czarownicy, która zdawała się być coraz bardziej napięta obecną sytuacją. – Wiem, że nota mówiła, aby nie ingerować w to miejsce, ale mam taką myśl, żebyśmy zabrali stąd tę donicę i wyszli już. Czuję ten niepokój w powietrzu i nie chcę sprawdzać jak daleko możemy się posunąć. A ta sadzonka... może mój przyjaciel a pani krewny William widząc ją zainteresuje się bardziej co dzieje się na jego włościach? – zasugerował miękko, choć oczywiście nie zamierzał jakkolwiek jej przymuszać do decyzji. Może powinien zaproponować, że sam weźmie kwiat, ale... złapał się na zupełnie inny haczyk zmyślnej aurorki, która choć zimna jak noc, zdawała się zwiastować mu ciepło dnia. Ułuda warta uwierzenia.
Koniec sesji