Udało im się dostać klucze, nie to, żeby zakładała, że tak się nie stanie, jednak ten niezbyt przyjemny wzrok recepcjonistki i portiera nie wzbudził w niej zbyt pozytywnego wrażenia. Benjy jednak rozegrał to w taki sposób, którego chyba nie spodziewała się zobaczyć, nie miała pojęcia, że potrafi tak bardzo wczuć się w rolę arystokratycznego dupka, którym nie był, ale miał być, więc zdążył się napatrzeć na pewne zachowania. Naprawdę nie chciałaby być na miejscu tamtej blondynki, mimo, że należało jej się takie potraktowanie, to ona spojrzała na nich w ten sposób, jakby byli intruzami, to ona zaczęła potyczkę i cóż, chyba tego pożałowała.
Znaleźli się w windzie. Prudence ściskała w wolnej ręce klucze, które dziewczyna jej wręczyła, drugą dłoń miała splecioną z dłonią męża, nie wypuszczała jej dzisiaj nawet na chwilę, nie chciała tego robić. Winda powoli poruszała się do góry, już za chwilę mieli znaleźć się na ostatnim piętrze. Portier niby był tuż obok, ale właściwie można było zapomnieć o jego obecności, był jakby nieco przezroczysty, pewnie przyzwyczajony do tego, że nie powinien rzucać się w oczy. W przeciwieństwie do innych pracowników, którzy spoglądali na nich jakby nie pasowali do tego miejsca, jakby w ogóle nie powinni się tu znaleźć, w przeciwieństwie do nich ten mężczyzna wydawał się ich nie oceniać. Nie widać było w jego spojrzeniu wątpliwości, pogardy, czy czegoś innego. Widać jego oczy widziały już wiele, pewnie pracował tutaj od lat, i wiedział, że nie zawsze złotem jest to, co się świeci.
Winda zatrzymała się na szóstym piętrze. Drzwi się otworzyły, mogli ją opuścić, niewiele dzieliło ich od tego, aż znajdą się w tym upragnionym pokoju. Ruszyła powoli przed siebie, Benjy jeszcze utrzymywał swoją maskę, jeszcze mówił tym specyficznym tonem, który zupełnie do niego przynajmniej w oczach Prue nie pasował. Wiedziała, że robił to tylko po to, aby udało im się spełnić swoje założenia, jednak była nieco zaskoczona, że potrafił tak po prostu przełączyć się na ten tryb, to było dla niej coś nowego. Gdyby go nie znała, to łatwo byłoby jej uwierzyć w to, że jest takim człowiekiem. Skinęła windziarzowi na pożegnanie, kiedy powiedział, że dotarli na miejsce.
Drzwi zamknęły się za nimi po kilku sekundach, zeszło z niej napięcie, nie było już obcych oczu patrzących na nich, nie było już nikogo, tylko oni. Poczuła ulgę, bo byli tutaj, znajdowali się dokładnie w tym miejscu, w którym chcieli się znaleźć, nic nie stanęło im na przeszkodzie, to było całkiem satysfakcjonujące - świadomość, że razem naprawdę mogli zrealizować każdy założony cel.
Nie zdążyła jednak się odezwać, nie zdążyła właściwie nawet mrugnąć, kiedy Benjy zupełnie niespodziewanie przyciągnął ją do siebie, obrócił jednym płynnym ruchem, przyparł do ściany i pocałował. Był to jeden z tych pocałunków, których nie dało się zapomnieć, powodujący, że nogi robiły się jak z waty, serce przyspieszało swój rytm i zapominało się jak się oddycha. Łatwo jej się było w tym zatracić, długo czekali na to, aby móc się do siebie zbliżyć tego wieczora.
Odetchnęła głęboko, kiedy na moment odsunął swoją twarz od jej, widziała wszystko w jego spojrzeniu i podejrzewała, że on to samo może wyczytać z jej oczu, to był dopiero początek. Poczuła jego dłonie na swojej talii, nim zdążyła zareagować ponownie sięgnął do jej ust, nie było w tym delikatności, nie, zbyt długo walczyli z tym palącym się w nich uczuciem, uniósł ją nad ziemię, jakby nic nie ważyła, odruchowo zacisnęła na nim swoje nogi, przychodziło jej to już całkiem naturalnie, chciała znajdować się jak najbliżej niego, jak tylko się dało, ręce zaplotła na jego szyi.
Ten uśmiech na jego twarzy, ten, którym obdarzał tylko ją przyprawiał ją o jeszcze szybsze bicie serca, nie potrafiła na niego nie reagować, również się uśmiechnęła, oczy jej błyszczały, policzki były zaróżowione.
Przesunęła głowę nieco w bok, rozplotła na moment dłonie, bo w jednej z nich nadal miała te nieszczęsne klucze.
- Sześćset, pokój numer sześćset. - Najwyraźniej zamierzał ją tam zanieść, miał w tym dosyć spore doświadczenie, często zdarzało mu się ją gdzieś nosić. W tym wypadku to chyba było wskazane, pan młody powinien wnieść pannę młodą przez próg, czy jakoś tak, a byli przecież całkiem świeżym małżeństwem.
- Podejrzewam, że jest to on na samym końcu korytarza. - Tego bowiem oczekiwali, miejsca oddalonego jak tylko się da, koło którego nikt nie będzie się kręcić, gdzie będą mogli się zaszyć na najbliższe kilka godzin, schować przed całym światem, aby celebrować to, co się wydarzyło.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control