14.12.2025, 08:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.12.2025, 09:01 przez Brenna Longbottom.)
Z jednej strony można było powiedzieć, że wyciągnęli z chłopaka sporo. Jeśli ich nie oszukiwał – a wierzyła, że aurowidzenie Jonathana mogłoby pomóc wychwycić kłamstwo, historia zaś w wielu sprawach zdawała się prawdopodobna – to powiedział im sporo i potwierdził podejrzenia o tym, że ktoś bogaty i wpływowy chciał sprawę zatuszować.
Może Malfoyowie, może Burke, a może… może sami Avery. Nie było sensu dopytywać, kto dokładnie z nim rozmawiał, bo prawdopodobnie posłali po prostu kogoś mało istotnego. Wątpliwe, by narażali się sami i na wykrycie, i na kontakt z chłopcem, który miał mugolskich dziadków.
- Panicz Fergus odniósł wam maskę, skoro do was wróciła? - spytała, przekrzywiając lekko głowę. Drobny blef, ale w tej historii właśnie to jedno się jej nie składało. Tak, mogli przegapić moment, w którym ten zabrał maskę, skoro jeden był nad jeziorem, a drugi obsługiwał gości. Ale… potem oddali tym ludziom d w i e maski. Więc napastnik jej nie zniszczył, nie wrzucił do wody, a podrzucił z powrotem, a wtedy przecież już ten drugi kelner musiał tej szukać…
Poczekała na odpowiedź, zanim wydobyła z kieszeni sakiewkę. Nową, nie tak dawno zamówioną poza Londynem, i niczym się nie wyróżniającą. Nie była to może kwota oszałamiająco wielka, ale i powinna wystarczyć na parę tygodni, a obaj i dostali kasę od "tajemniczych panów", i mieli zatrudnienie. Brenna więc niekoniecznie chciała go przekupić albo dać szansę na zupełnie nowe życie... a raczej na zmianę miejsca zamieszkania, gdyby ktoś planował odwiedzić ich nocą.
– Zmieńcie adres. I nie podawajcie go nikomu z Anglii – powiedziała krótko, sucho, rzucając sakiewkę na stół. - Jeśli będziesz potrzebował pomocy, zostaw w Rejwachu u barmana wiadomość do Annie. Zapłacę, by je odbierał.
Dobrym słowem i uśmiechem, bo jeśli dawała Woodyemu pieniądze, to by mógł pomagać innym, ale lepiej było, aby nikt nie wiedział, że właściciel tam robi coś altruistycznie. Zapłata za przekazanie jakiegoś tam liściku była raczej normą w lokalach na Nokturnie, i zwykle nie wiedzieli niczego o zleceniodawcach – lepiej by chłopak wierzył, że tak było i w tym wypadku.
- Dla własnego dobra zabierz się stąd jeszcze dziś i faktycznie nie wspominaj o tym nikomu więcej. O koncercie, o tych ludziach i o nas - poradziła i zerknęła na Jonathana, bo może chciał o coś spytać, zanim się teleportują.
/Dopisałam zdanie na końcu, bo wysłałam wyślij zamiast podgląd/
Może Malfoyowie, może Burke, a może… może sami Avery. Nie było sensu dopytywać, kto dokładnie z nim rozmawiał, bo prawdopodobnie posłali po prostu kogoś mało istotnego. Wątpliwe, by narażali się sami i na wykrycie, i na kontakt z chłopcem, który miał mugolskich dziadków.
- Panicz Fergus odniósł wam maskę, skoro do was wróciła? - spytała, przekrzywiając lekko głowę. Drobny blef, ale w tej historii właśnie to jedno się jej nie składało. Tak, mogli przegapić moment, w którym ten zabrał maskę, skoro jeden był nad jeziorem, a drugi obsługiwał gości. Ale… potem oddali tym ludziom d w i e maski. Więc napastnik jej nie zniszczył, nie wrzucił do wody, a podrzucił z powrotem, a wtedy przecież już ten drugi kelner musiał tej szukać…
Poczekała na odpowiedź, zanim wydobyła z kieszeni sakiewkę. Nową, nie tak dawno zamówioną poza Londynem, i niczym się nie wyróżniającą. Nie była to może kwota oszałamiająco wielka, ale i powinna wystarczyć na parę tygodni, a obaj i dostali kasę od "tajemniczych panów", i mieli zatrudnienie. Brenna więc niekoniecznie chciała go przekupić albo dać szansę na zupełnie nowe życie... a raczej na zmianę miejsca zamieszkania, gdyby ktoś planował odwiedzić ich nocą.
– Zmieńcie adres. I nie podawajcie go nikomu z Anglii – powiedziała krótko, sucho, rzucając sakiewkę na stół. - Jeśli będziesz potrzebował pomocy, zostaw w Rejwachu u barmana wiadomość do Annie. Zapłacę, by je odbierał.
Dobrym słowem i uśmiechem, bo jeśli dawała Woodyemu pieniądze, to by mógł pomagać innym, ale lepiej było, aby nikt nie wiedział, że właściciel tam robi coś altruistycznie. Zapłata za przekazanie jakiegoś tam liściku była raczej normą w lokalach na Nokturnie, i zwykle nie wiedzieli niczego o zleceniodawcach – lepiej by chłopak wierzył, że tak było i w tym wypadku.
- Dla własnego dobra zabierz się stąd jeszcze dziś i faktycznie nie wspominaj o tym nikomu więcej. O koncercie, o tych ludziach i o nas - poradziła i zerknęła na Jonathana, bo może chciał o coś spytać, zanim się teleportują.
/Dopisałam zdanie na końcu, bo wysłałam wyślij zamiast podgląd/
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.