02.03.2023, 17:26 ✶
Przez większość życia Jamil nie ruszał się z kontynentu. Szkoła, dom, wykopaliska… wszystko to znajdowało się w obrębie Afryki, w głównej mierze północnej i środkowej. Ilość turystów pojawiających się w Egipcie przekraczała jednak wszelkie granice, więc – chcąc, nie chcąc – zadawał się z różnymi ludźmi już od dzieciństwa, często tłumacząc z angielskiego na bazarach i ulicach. W ten sposób poznał zresztą Malfoyów, którzy aktualnie mieli mu pomóc w znalezieniu mieszkania lepszego niż pokój w Dziurawym Kotle. Cathal pewnie by go za takie interesy ukatrupił równie mocno, jak za grę w karty z Yaxley. Nie obchodziły go jednak brytyjskie konflikty, więc lista Shafiqa zdawała mu się jedynie sugestią. A Geraldine wydawała mu się naprawdę przyjemną osobą, jak na kogoś, kto według jego szefa mógł mieć jakieś względy u Latającej Śmierci.
- Nie jedyny – skwitował krótko, wzruszając ramionami, ale nie rozwinął tej myśli. Wolał nie uświadamiać jej, na co powinna zwrócić uwagę, samemu mając w planach sprawienie, że zacznie wątpić w swoje umiejętności. Póki co jednak mu się to nie udawało. Kobieta emanowała zbyt wielką pewnością siebie. Momentami przypominała mu Aletheę.
- Jest coś złego w Slytherinie? Jeśli tak, to czemu wciąż nie zlikwidowali tego domu? – zapytał, unosząc przy tym brew. Wiedział już, że ten cały Voldemort był w tym domu. Jednocześnie cała jego ekipa należała do zielonych (Nell aż nadto wspominała o domowym patriotyzmie i kolorach). Nie sprawiało to jednak, że wrzucał wszystkich do jednego worka, widząc różnice między ludźmi chociażby wśród swoich współpracowników. – Gryffindor to ten czerwony, co nie? – upewnił się, nie wiedząc zupełnie nic innego na jego temat. W Uagadou nie mieli żadnych domów ani podziałów innych niż na klasy. Szkoła była ogromna i wielokulturowa na tyle, że nie potrzebowali już kolejnych różnic między uczniami. Mimo to, jak wszędzie zresztą, jakieś konflikty związane z krwią czy pochodzeniem się rodziły. I dopiero rozmowa z Geraldine sprawiła, że te wspomnienia powróciły. Przywykł już do tego, że otaczający go w obozie archeologów ludzie mieli w dupie cokolwiek innego niż umiejętności przydatne do rozwikłania zagadki otwarcia starożytnego grobowca. A tutaj? Trafił chyba do zupełnie innego świata i niespecjalnie do niego pasował.
- Chcesz jakiś cyrograf? – dopytał, śmiejąc się, ale wyciągnął w jej kierunku rękę i uścisnął dłoń blondynki. – Stoi.
Nie bawił się w ten sposób pierwszy raz. I zapewne też nie ostatni. Zresztą nawet Cal nie chciał brać odpowiedzialności za wszystko, co robił Jamil, więc czemu miałaby to robić Yaxley? Jeśli się narazi, to zapewne wyłącznie ze swojej własnej winy. Tego akurat był świadomy.
- Zaczynamy? – zapytał, uśmiechając się półgębkiem, gdy puścili swoje dłonie i machnął prawą ręką nad kartami, używając magii bezródżkowej do tego, aby przemieszały się i rozdały zgodnie z zasadami gry. Po pięć kart dla każdego z nich, spośród których musieli wystawić teraz jedną. Zerknął na te, które wylądowały w jego dłoni, wciąż siląc się na uśmiech, chociaż przeklinał w myślach.
- Nie jedyny – skwitował krótko, wzruszając ramionami, ale nie rozwinął tej myśli. Wolał nie uświadamiać jej, na co powinna zwrócić uwagę, samemu mając w planach sprawienie, że zacznie wątpić w swoje umiejętności. Póki co jednak mu się to nie udawało. Kobieta emanowała zbyt wielką pewnością siebie. Momentami przypominała mu Aletheę.
- Jest coś złego w Slytherinie? Jeśli tak, to czemu wciąż nie zlikwidowali tego domu? – zapytał, unosząc przy tym brew. Wiedział już, że ten cały Voldemort był w tym domu. Jednocześnie cała jego ekipa należała do zielonych (Nell aż nadto wspominała o domowym patriotyzmie i kolorach). Nie sprawiało to jednak, że wrzucał wszystkich do jednego worka, widząc różnice między ludźmi chociażby wśród swoich współpracowników. – Gryffindor to ten czerwony, co nie? – upewnił się, nie wiedząc zupełnie nic innego na jego temat. W Uagadou nie mieli żadnych domów ani podziałów innych niż na klasy. Szkoła była ogromna i wielokulturowa na tyle, że nie potrzebowali już kolejnych różnic między uczniami. Mimo to, jak wszędzie zresztą, jakieś konflikty związane z krwią czy pochodzeniem się rodziły. I dopiero rozmowa z Geraldine sprawiła, że te wspomnienia powróciły. Przywykł już do tego, że otaczający go w obozie archeologów ludzie mieli w dupie cokolwiek innego niż umiejętności przydatne do rozwikłania zagadki otwarcia starożytnego grobowca. A tutaj? Trafił chyba do zupełnie innego świata i niespecjalnie do niego pasował.
- Chcesz jakiś cyrograf? – dopytał, śmiejąc się, ale wyciągnął w jej kierunku rękę i uścisnął dłoń blondynki. – Stoi.
Nie bawił się w ten sposób pierwszy raz. I zapewne też nie ostatni. Zresztą nawet Cal nie chciał brać odpowiedzialności za wszystko, co robił Jamil, więc czemu miałaby to robić Yaxley? Jeśli się narazi, to zapewne wyłącznie ze swojej własnej winy. Tego akurat był świadomy.
- Zaczynamy? – zapytał, uśmiechając się półgębkiem, gdy puścili swoje dłonie i machnął prawą ręką nad kartami, używając magii bezródżkowej do tego, aby przemieszały się i rozdały zgodnie z zasadami gry. Po pięć kart dla każdego z nich, spośród których musieli wystawić teraz jedną. Zerknął na te, które wylądowały w jego dłoni, wciąż siląc się na uśmiech, chociaż przeklinał w myślach.