14.12.2025, 20:27 ✶
Eden pojawiła się u Lestrange’ów dokładnie wtedy, kiedy planowała, czyli zbyt późno, by ktokolwiek mógł uznać to za przypadek, i wystarczająco wcześnie, by jej obecność spełniła swój cel. Przyszła tu podobno z Williamem, choć nie przybyli tu razem; samo to było już częścią utrzymywania pozorów, że ich małżeństwo ma się lepiej, niż było w rzeczywistości. W takich miejscach i przy takich okazjach liczyła się narracja, a nie prawda, a Eden znała zasady tej gry aż za dobrze. Przecież naoglądała się takiego samego teatrzyku od dziecka we własnym domu.
Sztucznie rodzinny charakter Mabon tylko utwierdzał ją w przekonaniu, że tak naprawdę nie chce spędzać tego święta ani ze swoją rodziną, ani z rodziną Williama, ale jeśli już miała wybierać między urokiem a zarazą, to wolała to drugie - przynajmniej będzie zgonować w otoczeniu medyków. Gdyby miała z kimś dzielić ten czas naprawdę, bez udawania i ciężaru oczekiwań, byłby to Alastor, ale myśl ta pojawiła się krótko i została równie szybko odrzucona - gdyby ich ktoś, nie daj Merlinie, zauważył publicznie, byłoby to niemal zaproszeniem do plotek, a na to nie mogła sobie ostatnimi czasy pozwolić. Nie przy kruchej sytuacji wśród Malfoyów, gdzie nestor popełniał czyny, za które mógłby zawisnąć, paląc jakiekolwiek resztki wiary w swoją osobę i zarazem źródło zarobku własnej córki. Matka powinna jej dziękować, że się w Wiltshire na obchody rodzinne nie pojawiła, bo by pewnie weszła z ojcem w rękoczyny i czyjeś zwłoki musiałaby zdrapywać ze swojego ulubionego dywanu.
Zatopiona we własnych myślach, z nietęgą miną poruszała się po posiadłości z dystansem kogoś, kto nie szuka wspólnoty ani rodzinnego ciepła. Ostatnimi czasy i tak była zbyt zajęta porządkowaniem strat po pożarze Londynu - liczeniem zniszczeń w należących do niej i wynajmowanych nieruchomościach, rozmowami z zarządcami, odbudową tego, co dało się jeszcze uratować. Myśl o świętowaniu wydawała się przy tym niemal abstrakcyjna, odległa od rzeczywistości, w której funkcjonowała na co dzień. Nie miała więc zamiaru zatrzymywać się przy nikim dłużej, niż było to konieczne. Jej obecność miała być zauważona, ale nie analizowana; wystarczająca, by nikt nie mógł powiedzieć, że jej zabrakło.
Zanim spotkała kogokolwiek, natknęła się na Williama oraz Primrose. Nie wiedziała, jak ocenić fakt, że stał tutaj z siostrą i ewidentnie na nią oczekiwali. Najpierw zrodziła się w Eden frustracja, że już od progu będzie musiała odstawiać szopkę i wcielać się w niechcianą rolę kochającej żony, ale po chwili przeszła nieoczekiwania ulga. Mniej więcej wtedy, kiedy oświeciło ją, że obecność Prim wybawiała ją od spędzenia czasu sam na sam z mężem.
I to nie dlatego, że go nienawidziła, wręcz przeciwnie. Po prostu ich relacja stała się tak obrzydliwie niezręczna, że z żenady miała ochotę gryźć ściany.
- Przepraszam za poślizg - oznajmiła, zbliżając się do nich swawolnym stukotem obcasów, ale wyraźnie nie wkładając ani grama skruchy w ton własnego głosu czy tempo kroków. - Mam nadzieję, że nie czekaliście specjalnie na mnie. Primmie, cudownie wyglądasz. - Uśmiechnęła się lekko, ale nie dało się ukryć, że wylała z siebie jedynie grzecznościowe formułki. Następnie zgrabnie wsunęła rękę pod ramię Willa, jakby w geście potrzeby bliskości, ale jakoś ani razu jej spojrzenie nie pomknęło nawet w jego kierunku.
Obydwoje wiedzieli, na co się piszą. The show must go on.
Sztucznie rodzinny charakter Mabon tylko utwierdzał ją w przekonaniu, że tak naprawdę nie chce spędzać tego święta ani ze swoją rodziną, ani z rodziną Williama, ale jeśli już miała wybierać między urokiem a zarazą, to wolała to drugie - przynajmniej będzie zgonować w otoczeniu medyków. Gdyby miała z kimś dzielić ten czas naprawdę, bez udawania i ciężaru oczekiwań, byłby to Alastor, ale myśl ta pojawiła się krótko i została równie szybko odrzucona - gdyby ich ktoś, nie daj Merlinie, zauważył publicznie, byłoby to niemal zaproszeniem do plotek, a na to nie mogła sobie ostatnimi czasy pozwolić. Nie przy kruchej sytuacji wśród Malfoyów, gdzie nestor popełniał czyny, za które mógłby zawisnąć, paląc jakiekolwiek resztki wiary w swoją osobę i zarazem źródło zarobku własnej córki. Matka powinna jej dziękować, że się w Wiltshire na obchody rodzinne nie pojawiła, bo by pewnie weszła z ojcem w rękoczyny i czyjeś zwłoki musiałaby zdrapywać ze swojego ulubionego dywanu.
Zatopiona we własnych myślach, z nietęgą miną poruszała się po posiadłości z dystansem kogoś, kto nie szuka wspólnoty ani rodzinnego ciepła. Ostatnimi czasy i tak była zbyt zajęta porządkowaniem strat po pożarze Londynu - liczeniem zniszczeń w należących do niej i wynajmowanych nieruchomościach, rozmowami z zarządcami, odbudową tego, co dało się jeszcze uratować. Myśl o świętowaniu wydawała się przy tym niemal abstrakcyjna, odległa od rzeczywistości, w której funkcjonowała na co dzień. Nie miała więc zamiaru zatrzymywać się przy nikim dłużej, niż było to konieczne. Jej obecność miała być zauważona, ale nie analizowana; wystarczająca, by nikt nie mógł powiedzieć, że jej zabrakło.
Zanim spotkała kogokolwiek, natknęła się na Williama oraz Primrose. Nie wiedziała, jak ocenić fakt, że stał tutaj z siostrą i ewidentnie na nią oczekiwali. Najpierw zrodziła się w Eden frustracja, że już od progu będzie musiała odstawiać szopkę i wcielać się w niechcianą rolę kochającej żony, ale po chwili przeszła nieoczekiwania ulga. Mniej więcej wtedy, kiedy oświeciło ją, że obecność Prim wybawiała ją od spędzenia czasu sam na sam z mężem.
I to nie dlatego, że go nienawidziła, wręcz przeciwnie. Po prostu ich relacja stała się tak obrzydliwie niezręczna, że z żenady miała ochotę gryźć ściany.
- Przepraszam za poślizg - oznajmiła, zbliżając się do nich swawolnym stukotem obcasów, ale wyraźnie nie wkładając ani grama skruchy w ton własnego głosu czy tempo kroków. - Mam nadzieję, że nie czekaliście specjalnie na mnie. Primmie, cudownie wyglądasz. - Uśmiechnęła się lekko, ale nie dało się ukryć, że wylała z siebie jedynie grzecznościowe formułki. Następnie zgrabnie wsunęła rękę pod ramię Willa, jakby w geście potrzeby bliskości, ale jakoś ani razu jej spojrzenie nie pomknęło nawet w jego kierunku.
Obydwoje wiedzieli, na co się piszą. The show must go on.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~