15.12.2025, 00:37 ✶
Nie słuchał jej. Znaczy trochę ją słuchał, a trochę nie. W słuchaniu zazwyczaj chodziło bowiem, żeby wychwytywać znaczenie słów, a nie samą ich barwę, samą emocję zaszytą w głosie, w postawie. Ekscytację. Irytację. Pęd. Zaciekawienie. Szczątki odrazy wynikającej z innych mieszkańców ziemi, które nie drążył korytarzy w ich martwych ciałach.
Jeszcze nie.
Więc jeśli chodziło o melodię głosu, o muzykę, którą wydawała z siebie wampirzyca, o muzykę, którą była, którą stawała się coraz bardziej dobitnie w jego życiu, tak stawał się, czy może był nawet najwierniejszym jej słuchaczem i odbiorcą. Znaczenie jednak umykało mu, wobec własnych rozterek, które rozlewały się po jego duszy z coraz większa mocą.
Była piękna.
Chciał jej to powiedzieć. Tu i teraz, gdy klęczeli pod krzewem jak dzieci zmuszone do chrześcijańskiej modlitwy pod przydrożną kapliczką. Jakby spotkali się na rozstaju dróg, zupełnie obcy, tak dziwnie znajomi. Kiedyś powiedziałby, że nie wierzy w miłość. Później, że miłość jest tylko cierpieniem.
I była to prawda. Bo klęczał przed nią i cierpiał, pełni świadom, że nie może wypowiedzieć ani jednego słowa, by nie zburzyć spokojnego ładu między nimi. Partnerzy biznesowi. Pani detektyw i jej przystojny konsultant, czy nie tak to miało być.
Czy czujesz to samo co ja?
Nie musiał zadawać pytania, by znać odpowiedź i wiedzieć, że nie czuje. Może lubiła jego towarzystwo, bo przecież nie przepędziła go z domu mimo gderania na kolejną doniczkę i kuchnię pięknie prezentującą się w przygaszonym różu. Może lubiła jego spontaniczność i potrzebę kontaktu, nie wzdrygając się aż tak, gdy całował jej dłonie, gdy porywał do tańca, przy każdej niemal okazji, w jej eleganckich gestach odnajdując przyjemność salonowych rozrywek z czasów gdy obudziła się dla nocy. Gdy poznali się pierwszy raz. Może mimo wszystko lubiła spędzać z nim czas, zawsze pytając gdzie był podczas nocnych spacerów, słuchając jego opowieści, jakby miały jakiekolwiek znaczenie, odpowiadając i na jego pytania, powolnie uczące się nowej rzeczywistości.
Na chwilę.
Na stałe.
Kiedy winien wrócić do domu? Kiedy jej się znudzi? Kiedy różana samotniczka zmęczy się towarzystwem i pokaże mu drzwi?
Nie oddychał. Patrzył się. Cierpiał. Znowu, choć innym rodzajem cierpienia niż ostatnio. Inną tęsknotą. Innym porywem, przypływem emocji, które już dość łatwo było mu zidentyfikować, a których w zgrozie i zgryzocie tak bardzo nie chciał czuć.
I rzeczywiście, odczuł na sobie ciężar uroku, lecz nie był to urok przeklętej tiary odłożonej na ziemię, a właścicielki dłoni, która ją odłożyła.
Powinien wstać i odejść. Natychmiast. Póki nie było za późno.
Powinien pochylić się i sięgnąć jej ust. Natychmiast. Póki troska marszcząca jej czoło, mógłaby być cieniem nadziei na wzajemność.
Jakaż była jednak jego wiarygodność? Znikoma. Ledwie noc temu próbował wyjść na słońce z powodu uczuć do człowieka, a teraz? Jak mógłby ubrać w słowa to co się z nim działo, żeby nie wyjść na błazna, marionetkę szarpaną niestałością z kąta w kąt.
Zmusił twarz do uśmiechu.
– Myślę, że to dopiero stacja w odkryciu prawdy i motywacji naszych podejrzanych. Winniśmy ich zebrać w jednym pokoju i każdego pojedynczo udostępniać Ci na przesłuchanie. Tak jest w tych Twoich książkach, a skoro i tak płacą nam od godziny… Nie muszą wiedzieć, że tiara bezpiecznie tkwi ukryta w Twojej kieszeni. – Może powinna tkwić na głowie? Była ładna. Lśniąca, jak księżyc odbijający się w niebieskich ślepiach kobiety. Zmarkotniał, w rozpaczliwym pożarze umysłu szukając czegokolwiek o czym mógłby jej powiedzieć, co nie byłoby tylko czczym komplementem, który i tak nie sprawiłby jej przyjemności. – Masz brudne ręce – zauważył i pospieszył jej z podaniem jedwabnej wyszywanej płożącym się bluszczem chusteczki.
Jeszcze nie.
Więc jeśli chodziło o melodię głosu, o muzykę, którą wydawała z siebie wampirzyca, o muzykę, którą była, którą stawała się coraz bardziej dobitnie w jego życiu, tak stawał się, czy może był nawet najwierniejszym jej słuchaczem i odbiorcą. Znaczenie jednak umykało mu, wobec własnych rozterek, które rozlewały się po jego duszy z coraz większa mocą.
Była piękna.
Chciał jej to powiedzieć. Tu i teraz, gdy klęczeli pod krzewem jak dzieci zmuszone do chrześcijańskiej modlitwy pod przydrożną kapliczką. Jakby spotkali się na rozstaju dróg, zupełnie obcy, tak dziwnie znajomi. Kiedyś powiedziałby, że nie wierzy w miłość. Później, że miłość jest tylko cierpieniem.
I była to prawda. Bo klęczał przed nią i cierpiał, pełni świadom, że nie może wypowiedzieć ani jednego słowa, by nie zburzyć spokojnego ładu między nimi. Partnerzy biznesowi. Pani detektyw i jej przystojny konsultant, czy nie tak to miało być.
Czy czujesz to samo co ja?
Nie musiał zadawać pytania, by znać odpowiedź i wiedzieć, że nie czuje. Może lubiła jego towarzystwo, bo przecież nie przepędziła go z domu mimo gderania na kolejną doniczkę i kuchnię pięknie prezentującą się w przygaszonym różu. Może lubiła jego spontaniczność i potrzebę kontaktu, nie wzdrygając się aż tak, gdy całował jej dłonie, gdy porywał do tańca, przy każdej niemal okazji, w jej eleganckich gestach odnajdując przyjemność salonowych rozrywek z czasów gdy obudziła się dla nocy. Gdy poznali się pierwszy raz. Może mimo wszystko lubiła spędzać z nim czas, zawsze pytając gdzie był podczas nocnych spacerów, słuchając jego opowieści, jakby miały jakiekolwiek znaczenie, odpowiadając i na jego pytania, powolnie uczące się nowej rzeczywistości.
Na chwilę.
Na stałe.
Kiedy winien wrócić do domu? Kiedy jej się znudzi? Kiedy różana samotniczka zmęczy się towarzystwem i pokaże mu drzwi?
Nie oddychał. Patrzył się. Cierpiał. Znowu, choć innym rodzajem cierpienia niż ostatnio. Inną tęsknotą. Innym porywem, przypływem emocji, które już dość łatwo było mu zidentyfikować, a których w zgrozie i zgryzocie tak bardzo nie chciał czuć.
I rzeczywiście, odczuł na sobie ciężar uroku, lecz nie był to urok przeklętej tiary odłożonej na ziemię, a właścicielki dłoni, która ją odłożyła.
Powinien wstać i odejść. Natychmiast. Póki nie było za późno.
Powinien pochylić się i sięgnąć jej ust. Natychmiast. Póki troska marszcząca jej czoło, mógłaby być cieniem nadziei na wzajemność.
Jakaż była jednak jego wiarygodność? Znikoma. Ledwie noc temu próbował wyjść na słońce z powodu uczuć do człowieka, a teraz? Jak mógłby ubrać w słowa to co się z nim działo, żeby nie wyjść na błazna, marionetkę szarpaną niestałością z kąta w kąt.
Zmusił twarz do uśmiechu.
– Myślę, że to dopiero stacja w odkryciu prawdy i motywacji naszych podejrzanych. Winniśmy ich zebrać w jednym pokoju i każdego pojedynczo udostępniać Ci na przesłuchanie. Tak jest w tych Twoich książkach, a skoro i tak płacą nam od godziny… Nie muszą wiedzieć, że tiara bezpiecznie tkwi ukryta w Twojej kieszeni. – Może powinna tkwić na głowie? Była ładna. Lśniąca, jak księżyc odbijający się w niebieskich ślepiach kobiety. Zmarkotniał, w rozpaczliwym pożarze umysłu szukając czegokolwiek o czym mógłby jej powiedzieć, co nie byłoby tylko czczym komplementem, który i tak nie sprawiłby jej przyjemności. – Masz brudne ręce – zauważył i pospieszył jej z podaniem jedwabnej wyszywanej płożącym się bluszczem chusteczki.