02.03.2023, 20:02 ✶
- Czyli muszę odwiedzić Hogsmeade, albo zostanę skazany na ostracyzm – wywnioskował z jej słów, nie do końca rozumiejąc tę teorię. Nic dziwnego, że Brytyjczycy znali to miejsce, skoro znajdowało się tuż obok ich szkoły. Tylko po co miałyby je odwiedzać osoby spoza Hogwartu? Z drugiej strony wioska zamieszkana wyłącznie przez czarodziejów całkiem go ciekawiła. Nie musiałby jeszcze bardziej obawiać się tego, że nie znał wszystkich obyczajów. – No ale kto nor… – zaczął, ale zaraz przerwał, widząc jej minę. Zrezygnował z dalszego ciągnięcia tej wypowiedzi dla swojego własnego bezpieczeństwa. Nie sądził, by Crouch brudziła sobie ręce rzucaniem na niego uroków za to, że obraził czyjegoś wujka. Z drugiej strony zdawała się mieć dziwną słabość do Nell, skoro były otoczone przez samych mężczyzn. Jedna mała uwaga i Jamil znów miałby przekichane.
- Bo bazar w Kairze to centrum życia, jak rynek w starożytności – wyjaśnił jej, nie po raz pierwszy zresztą. Sam jednak za każdym razem zachwycał się mnogością barw i zapachów w tym miejscu. Miało to głównie na celu przyciąganie potencjalnych klientów, ale pomagało również złodziejaszkom. Rozproszona uwaga równała się temu, że nikt nie zwracał jej na swoje portfele i zakupy. Jamil sam zresztą za dzieciaka nieraz wykorzystywał takie sytuacje, próbując zdobyć coś do jedzenia albo kilka drobniaków do postawienia w karty. Ciężko wyleczyć dawne przyzwyczajenia.
- Planujesz karmić nas robalami? Leta nie będzie zachwycona – przyznał, chociaż sama wizja eliksiru wiggenowego nie brzmiała źle. W przeciwieństwie do większości mikstur Nell, ten smakował całkiem przyzwoicie. Tyle że w Egipcie był towarem deficytowym, a przez to też niebotycznie drogim. Nie spodziewał się jednak, że tym brakującym składnikiem będzie śluz jakiegoś robaka.
- Pierwszą opcję kupuję, ale opary znad kociołka nie mogą być gorsze niż słońce na pustyni – zauważył, wywracając przy tym oczami. – Poza tym mogłabyś się czasem podzielić czekoladą. Ja ci przynosiłem baklawę, kiedy Cal nie dawał nam deseru!
To, że była podkradana z kuchni jego młodszej siostry, kiedy nie patrzyła, to już inna bajka. Domowe ciastka, nawet jeśli zdobyte nie do końca legalnie, zawsze smakowały dobrze. A że poświęcał się i dzielił nimi z Nell, to już chyba tylko świadczyło o jego własnym frajerstwie. Mimo wszystko głupio było, żeby pozostawała jedyną osobą bez deseru. A słodkie lubili akurat wszyscy.
- Nawet nie miałem okazji zagrać – jęknął zdezorientowany tym, że od razu oskarżyła go o przegraną w karty. Ale czy mógł się jej dziwić? Sam by się tego po sobie spodziewał, gdyby nie znał dokładnie sytuacji.
Usłyszawszy ponaglenie Nell, rzucił się biegiem za złodziejem, wpadając w uliczkę, która musiała być tym osławionym Nokturnem. Już tu parę razy był, choć nieświadomy tego, co to za miejsce, czuł się o wiele pewniej. Wyprzedził Bagshotównę, ale nie dlatego, że był jakimś lepszym sportowcem od niej – zwyczajnie miał dłuższe nogi. Poza tym nie mogąc się teleportować przywykł do tego, że w większości przypadków poruszał się na nogach. Zaczynał jednak żałować, że nie przekonał jej, by przeniosła ich prosto pod mieszkanie tego specjalisty, do którego wysłał ich Cathal.
- Widzisz go? – zawołał do Nell, zwalniając nieco, bo miał wrażenie, że gdzieś zgubił kieszonkowca, ale ten zaraz znów pojawił się w zasięgu wzroku, więc – choć z mniejszym zapałem – ruszył znów za nim. Zakapturzona postać przyspieszyła, dostrzegając, że ofiary wykroczenia siedzą jej na ogonie. Jeśli nie odzyskają kamienia, Shafiq udusi ich na miejscu i rzuci tym całym gumochłonom na pożarcie.
- Hej, kalbi! - wrzasnął za złodziejem, by zwrócić jego uwagę i tym samym nieco go spowolnić. Musieli go dopaść!
- Bo bazar w Kairze to centrum życia, jak rynek w starożytności – wyjaśnił jej, nie po raz pierwszy zresztą. Sam jednak za każdym razem zachwycał się mnogością barw i zapachów w tym miejscu. Miało to głównie na celu przyciąganie potencjalnych klientów, ale pomagało również złodziejaszkom. Rozproszona uwaga równała się temu, że nikt nie zwracał jej na swoje portfele i zakupy. Jamil sam zresztą za dzieciaka nieraz wykorzystywał takie sytuacje, próbując zdobyć coś do jedzenia albo kilka drobniaków do postawienia w karty. Ciężko wyleczyć dawne przyzwyczajenia.
- Planujesz karmić nas robalami? Leta nie będzie zachwycona – przyznał, chociaż sama wizja eliksiru wiggenowego nie brzmiała źle. W przeciwieństwie do większości mikstur Nell, ten smakował całkiem przyzwoicie. Tyle że w Egipcie był towarem deficytowym, a przez to też niebotycznie drogim. Nie spodziewał się jednak, że tym brakującym składnikiem będzie śluz jakiegoś robaka.
- Pierwszą opcję kupuję, ale opary znad kociołka nie mogą być gorsze niż słońce na pustyni – zauważył, wywracając przy tym oczami. – Poza tym mogłabyś się czasem podzielić czekoladą. Ja ci przynosiłem baklawę, kiedy Cal nie dawał nam deseru!
To, że była podkradana z kuchni jego młodszej siostry, kiedy nie patrzyła, to już inna bajka. Domowe ciastka, nawet jeśli zdobyte nie do końca legalnie, zawsze smakowały dobrze. A że poświęcał się i dzielił nimi z Nell, to już chyba tylko świadczyło o jego własnym frajerstwie. Mimo wszystko głupio było, żeby pozostawała jedyną osobą bez deseru. A słodkie lubili akurat wszyscy.
- Nawet nie miałem okazji zagrać – jęknął zdezorientowany tym, że od razu oskarżyła go o przegraną w karty. Ale czy mógł się jej dziwić? Sam by się tego po sobie spodziewał, gdyby nie znał dokładnie sytuacji.
Usłyszawszy ponaglenie Nell, rzucił się biegiem za złodziejem, wpadając w uliczkę, która musiała być tym osławionym Nokturnem. Już tu parę razy był, choć nieświadomy tego, co to za miejsce, czuł się o wiele pewniej. Wyprzedził Bagshotównę, ale nie dlatego, że był jakimś lepszym sportowcem od niej – zwyczajnie miał dłuższe nogi. Poza tym nie mogąc się teleportować przywykł do tego, że w większości przypadków poruszał się na nogach. Zaczynał jednak żałować, że nie przekonał jej, by przeniosła ich prosto pod mieszkanie tego specjalisty, do którego wysłał ich Cathal.
- Widzisz go? – zawołał do Nell, zwalniając nieco, bo miał wrażenie, że gdzieś zgubił kieszonkowca, ale ten zaraz znów pojawił się w zasięgu wzroku, więc – choć z mniejszym zapałem – ruszył znów za nim. Zakapturzona postać przyspieszyła, dostrzegając, że ofiary wykroczenia siedzą jej na ogonie. Jeśli nie odzyskają kamienia, Shafiq udusi ich na miejscu i rzuci tym całym gumochłonom na pożarcie.
- Hej, kalbi! - wrzasnął za złodziejem, by zwrócić jego uwagę i tym samym nieco go spowolnić. Musieli go dopaść!