16.12.2025, 21:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2025, 21:52 przez Elias Bletchley.)
|
—Yule 1954—
Dom Bletchleyów, Niemagiczny Londyn Elias Bletchley & Prudence Bletchley |
| Jak do tej pory Eliasz nie miał większych oporów przed tym, aby spędzać Yule w rodzinnym domu. Bądź co bądź, była to dobra okazja do tego, aby nieco odpocząć od szkolnych obowiązków, wyrwać się zza zamkowych murów i naładować baterie przed nadchodzącym semestrem. Poza tym, biorąc pod uwagę, że w tym roku nikt z krewnych i znajomych nie planował zwalić im się na głowę, Bletchley mógł praktycznie przeleżeć całe święta w pokoju lub na kanapie w salonie. Chociaż nie: poprawka. Głównie w pokoju. Tak jest bezpieczniej, pomyślał przelotnie, wypuszczając z siebie ciężkie westchnienie. Obłok ciepłego powietrza zatańczył na moment tuż przed jego oczami. No tak, dalej nie zdał rodzicom relacji z ostatnio otrzymanych stopni... Cóż, ostatnie kilka wypracowań zdecydowanie nie należało do najlepszych prac, jakie napisał w życiu. Z drugiej strony, matka była tak zajęta przygotowywaniem świąt, że chyba chwilowo zapomniała o istnieniu instytucji szkoły. A ojciec... Zazwyczaj i tak pytał głównie o zajęcia z Zielarstwa i Eliksirów, dalej żyjąc nadzieją, że jednak zrobi z syna magimedyka. Kto wie, może jednak uda mu się utrzymać kartę ocen w tajemnicy aż do wypadu na Peron 9 i 3/4 w dzień wyjazdu? To był jednak temat na inną rozmowę, bo teraz... Teraz mieli inne problemy. Eliasz złożył ręce na piersi, przestępując nerwowo z nogi na nogę. Yule zdecydowanie dokazywało, jeśli chodziło o pogodę: było zimno, ciemno, a śnieg już dawn pokrył całe podwórze kilkucentymetrową warstwą śniegu. I dalej padało. Przed wyjściem do ogrodu nie założył na siebie nic cieplejszego poza zimowymi butami, więc chłodne grudniowe powietrze zdążyło już całkowicie wedrzeć się pod jego cienką niebieską koszulę i przewiewne spodnie. Wydawało mu się, że załatwią to w kilka minut, jednak... To nie było jednak takie proste. Bletchley zerknął kątem oka na siostrę, która uparcie unikała nawiązania z nim kontaktu wzrokowego. — D-dobrze wiesz, że t-to nie była m-m-moja wina — wydusił z siebie Eliasz, ciągając nosem. — Któreś z kuzynostwa musiało przekląć te bombki w poprze... poprzed… po! — Kichnął głośno, odskakując o pół kroku w tył. — Poprzednie Yule. Pamiętam, jak te mały diabły broiły coś przy choince. Po co miałbym czarować bombki, żeby wyrwały się pudełek równo o siódmej wieczorem, ułożył się w powietrzu w krzywy uśmiech, a potem wyleciały na zewnątrz przez otwarte okno i zaczęły robić rundki wokół całego domu? Dzięki bogom, sąsiedzi po wyjeżdżali, pomyślał Eliasz, wychylając się spod daszka. I wtedy... Od strony dachu wyleciał na nich cały sznurek kolorowych bombek: złotych, srebrnych, czerwonych, zielonych. Jedna próbowała prześcignąć drugą, a to tylko najwidoczniej prowokowało inne do tego, aby próbować zdobyć prowadzenie. Były wyjątkowe zawzięte. Gdy parę minut temu udało im się jakoś jedną pochwycić, to dosłownie wyfrunęła im z rąk, po czym popełniła samobójstwo, rozbijając się o ścianę domu. — Matka nam nogi z dupy powyrywa, jak wszystkie tak skończą — skomentował pod nosem, wskazując ruchem podbródka na fioletowego trupka, który skończył nieopodal zestawu starych doniczek. |