03.03.2023, 00:09 ✶
Nocne dyżury nie były dla Florence żadną nowością. Właściwie brała je w szpitalu dość często, zwłaszcza jeśli akurat miała na oddziale kogoś w ciężkim stanie… co zdarzało się nagminnie. O tej porze pacjentów było zwykle mniej, a jednocześnie jeżeli ktoś już się pojawiał – to na ogół był dość poważny przypadek. Bulstrode w ciągu ostatnich kilku godzin urządziła obchód, odczarowała dwóch czarodziejów, dla których wieczór kawalerskie zakończył się mało szczęśliwie, po czym zeszła na parter, porozmawiać z recepcjonistką i zajrzeć na izbę przyjęć.
Ostatnio papiery, które trafiały stąd do jej gabinetu były skandalicznie niekompletne. Nadeszła pora, aby wreszcie coś z tym zrobić.
Florence była nieco bledsza niż zwykle, ale mimo późnej pory – wyglądała jak zawsze schludnie. Szata uzdrowiciela (w wybitnie nie twarzowej kolorystyce, Florence zawsze podejrzewała, że założyciele Munga byli Ślizgonem i Puchonem) nie miała ani jednego zagniecenia, wygodne pantofle uzdrowicielki na płaskim obcasie wręcz błyszczały, włosy ściągnęła w ciasny kucyk. Po kilku godzinach dyżuru odczuwała już pewne zmęczenie, nie było to jednak nic, na co nie mogłaby zaradzić kawa – miała nadzieję, że wyjątkowo zdąży znaleźć na taką chociaż ze trzy minuty…
Nie dostrzegła recepcjonistki, za to chłopaka rozpostartego na krzesełkach już tak. W pierwszej chwili chciała go zganić za trzymanie nóg na krześle. W drugiej zmarszczyła brwi. Jej uwagę przyciągnęła najpierw nienaturalna bladość. Potem coś, czego pewnie nie dostrzegłby na pierwszy rzut oka każdy – ale ona była uzdrowicielką i zdarzało się jej wręcz obsesyjnie sprawdzać, czy niektórzy jej z pacjentów nie umarli przez sen.
Chłopak nie oddychał.
A ponieważ wampiry w Mungu widywało się naprawdę bardzo rzadko – prawdę mówiąc Florence nie widywała ich wcale, jeżeli ktoś trafiał na jej oddział, to już prędzej wilkołaki – jej wniosek był dość oczywisty. Pacjent, pozostawiony bez pomocy, albo już umarł, albo właśnie siedzi tu umierający i nikt go nie reanimuje!
- Na litość Merlina! – krzyknęła Florence. – SARAH! – zawołała, wzywając rejestratorkę, a sama rzuciła się ku Codyemu, natychmiast wyciągając różdżkę.
Ostatnio papiery, które trafiały stąd do jej gabinetu były skandalicznie niekompletne. Nadeszła pora, aby wreszcie coś z tym zrobić.
Florence była nieco bledsza niż zwykle, ale mimo późnej pory – wyglądała jak zawsze schludnie. Szata uzdrowiciela (w wybitnie nie twarzowej kolorystyce, Florence zawsze podejrzewała, że założyciele Munga byli Ślizgonem i Puchonem) nie miała ani jednego zagniecenia, wygodne pantofle uzdrowicielki na płaskim obcasie wręcz błyszczały, włosy ściągnęła w ciasny kucyk. Po kilku godzinach dyżuru odczuwała już pewne zmęczenie, nie było to jednak nic, na co nie mogłaby zaradzić kawa – miała nadzieję, że wyjątkowo zdąży znaleźć na taką chociaż ze trzy minuty…
Nie dostrzegła recepcjonistki, za to chłopaka rozpostartego na krzesełkach już tak. W pierwszej chwili chciała go zganić za trzymanie nóg na krześle. W drugiej zmarszczyła brwi. Jej uwagę przyciągnęła najpierw nienaturalna bladość. Potem coś, czego pewnie nie dostrzegłby na pierwszy rzut oka każdy – ale ona była uzdrowicielką i zdarzało się jej wręcz obsesyjnie sprawdzać, czy niektórzy jej z pacjentów nie umarli przez sen.
Chłopak nie oddychał.
A ponieważ wampiry w Mungu widywało się naprawdę bardzo rzadko – prawdę mówiąc Florence nie widywała ich wcale, jeżeli ktoś trafiał na jej oddział, to już prędzej wilkołaki – jej wniosek był dość oczywisty. Pacjent, pozostawiony bez pomocy, albo już umarł, albo właśnie siedzi tu umierający i nikt go nie reanimuje!
- Na litość Merlina! – krzyknęła Florence. – SARAH! – zawołała, wzywając rejestratorkę, a sama rzuciła się ku Codyemu, natychmiast wyciągając różdżkę.