17.12.2025, 01:51 ✶
idę do baru z Levim
W jej oczach pojawił się krótki, niekontrolowany błysk zaskoczenia, ledwie uchwytny, ale prawdziwy; taki, który zdradzał, że spodziewała się czegoś innego, jakiegoś intymnego, romantycznego spaceru z potencjalną kandydatką na żonę. Chociaż może bardziej dziwiłaby się, gdyby faktycznie chodziło o romans. Levi był wyjątkowo zamknięty i nawet w przyjaźni musiała mieć do niego bardzo dużo cierpliwości. Nie dopytywała o szczegóły. Nie uniosła brwi, nie skomentowała, nie próbowała żartować. Rodzina Rowle'ów była na tyle rozległa i splątana, że nawet próbując, mogłaby się w niej zgubić. Nawet swojej tak do końca nie ogarniała, a co dopiero cudze. Nie miała dziś ochoty na zgadywanki ani na rozplątywanie cudzych intencji. Bal dopiero się zaczynał i wolała skupić się na zabawie.
Odłożyła fiolkę na najbliższą tackę, używając więcej siły niż zamierzała. Nie taką zabawę miała na myśli.
- Przeklęte eliksiry - mruknęła i odetchnęła dopiero wtedy, gdy impuls minął całkowicie, zostawiając po sobie jedynie nieprzyjemne echo. Niewiele brakowało do gestu, którego konsekwencje musiałaby potem tłumaczyć nie tylko światu, ale i samej sobie. Bo nawet jeśli maski dawały iluzję anonimowości, ona wiedziała aż za dobrze, jak złudna to była ochrona. Wystarczyłby jeden nieuważny obserwator, jedno rozpoznanie po sylwetce, geście, zbyt charakterystycznym ruchu dłoni; ktoś, kto widział ich razem zbyt często, ktoś, kto lubił łączyć fakty i sprzedawać je dalej w formie szeptów. A przecież przyjaźń to przyjaźń, są linie, których się nie przekracza. Nie chciała nawet myśleć, co by było, gdyby jednak go pocałowała i spodobałoby jej się... stop. Nic się nie stało, więc nie ma o czym myśleć.
Swoją drogą poczuła ukłucie dumy, że trzeźwy umysł zdołał powstrzymać działanie eliksiru. Silna wola znaczyła więcej, niż magiczny nakaz zrobienia czegoś irracjonalnego.
- Zamiana w elfa czy pocałowanie ciebie... sama nie wiem, co gorsze - parsknęła śmiechem, bo paradoks tej sytuacji był nie do zniesienia, ale nic nie mogła na to poradzić, więc pozostał śmiech.
Pozwoliła więc, by jej dłoń spoczęła na jego przedramieniu. Palce rozluźniły się w geście, który był dokładnie tym, czym powinien: przyjacielskim, neutralnym, bezpiecznym.
- Muszę przyznać, że jestem zawiedziona twoim wyborem maski - odezwała się w końcu. Kącik jej ust uniósł się nieznacznie, gdy spojrzeniem objęła jego strój i maskę, jakby dopiero teraz naprawdę je oceniała, ważąc każdy detal z artystyczną precyzją. - Szczerze mówiąc liczyłam na smoka. Mogłeś zaszaleć. - oczywiście żartowała, w jej głosie mógł bez problemu wyłapać drwinę. - A gdybyś był moim mężem, zmusiłabym cię do założenia pasujących do siebie strojów.
Poprawiła delikatnie ułożenie maski na twarzy, jakby sama była dowodem na to, że bal był idealnym miejscem do przesady i teatralności.
- Chodź, napijmy się czegoś. Muszę zabić posmak tego wstrętnego eliksiru - wskazała głową bar. Zaczynało robić się tłoczno, pierwsze pary ruszyły już na parkiet, a każdy kąt zawierał innego rodzaju zamieszanie. Nie chciała na razie więcej wrażeń, jedynie z daleka podziwiała artystów.