17.12.2025, 09:52 ✶
Za drugim razem zaklęcie wreszcie wyszło i dobrze, bo Brenna była już gotowa z konsternacją patrzeć na swoją różdżkę albo zacząć się zastanawiać, czy nie powinna wrócić do Hogwartu, na lekcje podstawowych zaklęć. Przynajmniej mogła się na coś przydać. Tam gdzie się dało, podpierała belki albo rzucała zaklęcia, już nie bezpośrednio na nie, tam gdzie mogła tylko przeszkadzać, usuwała się na bok, zwłaszcza że Samuel w niedźwiedziej formie nie mógł jej udzielać szczegółowych instrukcji. Wylewitowywała na zewnątrz to, czego nie potrzebowali i ogólnie rzecz biorąc starała się być w miarę przydatna.
W duchy wzdychała, że pewnie powinna znaleźć trochę więcej czasu na naukę obsługi narzędzi i tym podobne, ale w ostatnich tygodniach spędzała większość dobry w pracy, a poza nią starała się ogarnąć Warownię i inne, pilne sprawy.
Z początku milczała, bo i zakładała, że Sam tak woli. Potem jednak, może nie mogąc się powstrzymać, a może z jakichś innych względów, zaczęła mówić: głównie bzdurki, które mógł łatwo zignorować, jeśli nadmiernie go rozpraszały.
O tym, jakie fotele wybrała do tego stołu dla Philippy, o jednej z mieszkanek Doliny, której kupowała farby, by mogła odmalować osmalone wnętrza i która nalegała na żółte i różowe, bo na świecie trzeba więcej kolorów, o tym, że w pracy ktoś ze zmęczenia popsuł jakiejś zaklęcie, i papierowe samolociki zamieniły się w kaczki, że obiecała Dorze, że kupią sadzonki. O tym, że jutro dwóch rzemieślników miało zająć się pokojami w jednym skrzydle i że może to będzie niedługo nadawało się do zamieszkania. Nie mówiła o tych rzeczach ciemnych czy brzydkich: że dopiero niedawno skończyli znajdować pod gruzami trupy, że mieli za mało tropów, aby naprawdę dorwać jakiegoś śmierciożercę, że Voldemort zdołał na odległość przekląć wiele osób i ona sama do niedawna drżała na sam widok ognia.
– Dziś już chyba wiele więcej nie zrobimy – oceniła w końcu, siadając na podłodze. Światło dzienne już dawno się skończyło i pracowali w tym magicznym blasku. – Dzięki, Sam.
W duchy wzdychała, że pewnie powinna znaleźć trochę więcej czasu na naukę obsługi narzędzi i tym podobne, ale w ostatnich tygodniach spędzała większość dobry w pracy, a poza nią starała się ogarnąć Warownię i inne, pilne sprawy.
Z początku milczała, bo i zakładała, że Sam tak woli. Potem jednak, może nie mogąc się powstrzymać, a może z jakichś innych względów, zaczęła mówić: głównie bzdurki, które mógł łatwo zignorować, jeśli nadmiernie go rozpraszały.
O tym, jakie fotele wybrała do tego stołu dla Philippy, o jednej z mieszkanek Doliny, której kupowała farby, by mogła odmalować osmalone wnętrza i która nalegała na żółte i różowe, bo na świecie trzeba więcej kolorów, o tym, że w pracy ktoś ze zmęczenia popsuł jakiejś zaklęcie, i papierowe samolociki zamieniły się w kaczki, że obiecała Dorze, że kupią sadzonki. O tym, że jutro dwóch rzemieślników miało zająć się pokojami w jednym skrzydle i że może to będzie niedługo nadawało się do zamieszkania. Nie mówiła o tych rzeczach ciemnych czy brzydkich: że dopiero niedawno skończyli znajdować pod gruzami trupy, że mieli za mało tropów, aby naprawdę dorwać jakiegoś śmierciożercę, że Voldemort zdołał na odległość przekląć wiele osób i ona sama do niedawna drżała na sam widok ognia.
– Dziś już chyba wiele więcej nie zrobimy – oceniła w końcu, siadając na podłodze. Światło dzienne już dawno się skończyło i pracowali w tym magicznym blasku. – Dzięki, Sam.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.