17.12.2025, 11:00 ✶
Christopher przypatrywał się jej przez moment, z lekko zmarszczonym czołem, jakby nad czymś głęboko myślał. Mogło się wydawać, że skomentuje tę sensację w biurze. Albo spyta o okoliczności spotkania ze śmierciożercą, bo trzeba przyznać, że spodziewał się raczej jakiejś walki na śmierć i życie niż puszczenia takiego wolno – acz jakby się zastanowił, to może i pokiwałby głową, że w sumie to możliwe, bo kto wie, czy nie wpadła na własną siostrę albo ciotkę, albo koleżankę z dormitorium czy coś takiego.
Pytanie, które zadał, brzmiało jednak inaczej.
– Czy ty naprawdę lubisz tę pracę? – padło. Trudno było powiedzieć, jakie myśli pchnęły Rosiera ku temu, by je zadać. Zresztą chyba dość szybko wywietrzały, ledwo wszedł do kuchni i zapatrzył się na pudding.
Gdyby nie to, że dziełem jego życia były piękne suknie, zwłaszcza te balowe, to mógłby uznać, że tymże jest ten pudding.
– Jestem genialnym projektantem, który skrywa wiele talentów – odparł. Może najeżyłby się w innych okolicznościach, ale wiedział, że Victoria ceni jego umiejętności projektanta. Inaczej nie zamawiałaby u niego tylu sukien. A na komplement uśmiechnął się tylko, bo cóż, nigdy nie był jakoś straszliwie skromny i na pewno nie nieśmiały: a chyba każdy lubił, kiedy chwalono coś, co wyszło spod jego ręki. Jeśli ktoś twierdził inaczej to, zdaniem Christophera, był po prostu fałszywy. – Nic dziwnego, że mnie z tym nie kojarzyłaś, zwykle szkoda mi czasu na gotowanie. Fąfel! Naszykuj talerze! – zawołał, a skrzat pojawił się z cichym trzaskiem i zaczął błyskawicznie robić miejsce na stole i szykować porcelanowe talerze, z jednego z wielu kompletów, należących do jego matki. Sam Rosier natomiast wydobył szklanki, bo akurat to doskonale wiedział, gdzie jest. Choć sobie nie nalał alkoholu, a wody z miodem. Christopher ogólnie starał się zwykle zwracać uwagę na to, co je i pije – bez przesady, bo żyło się raz, czego świadkiem ten pudding – ostatnio jednak pijał chętnie wodę z miodem ze względu na fakt, że po podtruciu w Spaloną Noc ta pomagała trochę na podrażnione gardło.
– Czego się napijesz do tego wspaniałego puddingu? Herbata? Brandy? A może chcesz już iść na całość, jeśli chodzi o świąteczny klimat? Bo chyba w którejś szafce mamy gorącą czekoladę, matka kupowała ją w Belgii… o ile cała nie została wypita przez tych małych półdiabłów, podrzuconych tu niewątpliwie przez jakiegoś demona, które podobno są moim kuzynostwem.
Pytanie, które zadał, brzmiało jednak inaczej.
– Czy ty naprawdę lubisz tę pracę? – padło. Trudno było powiedzieć, jakie myśli pchnęły Rosiera ku temu, by je zadać. Zresztą chyba dość szybko wywietrzały, ledwo wszedł do kuchni i zapatrzył się na pudding.
Gdyby nie to, że dziełem jego życia były piękne suknie, zwłaszcza te balowe, to mógłby uznać, że tymże jest ten pudding.
– Jestem genialnym projektantem, który skrywa wiele talentów – odparł. Może najeżyłby się w innych okolicznościach, ale wiedział, że Victoria ceni jego umiejętności projektanta. Inaczej nie zamawiałaby u niego tylu sukien. A na komplement uśmiechnął się tylko, bo cóż, nigdy nie był jakoś straszliwie skromny i na pewno nie nieśmiały: a chyba każdy lubił, kiedy chwalono coś, co wyszło spod jego ręki. Jeśli ktoś twierdził inaczej to, zdaniem Christophera, był po prostu fałszywy. – Nic dziwnego, że mnie z tym nie kojarzyłaś, zwykle szkoda mi czasu na gotowanie. Fąfel! Naszykuj talerze! – zawołał, a skrzat pojawił się z cichym trzaskiem i zaczął błyskawicznie robić miejsce na stole i szykować porcelanowe talerze, z jednego z wielu kompletów, należących do jego matki. Sam Rosier natomiast wydobył szklanki, bo akurat to doskonale wiedział, gdzie jest. Choć sobie nie nalał alkoholu, a wody z miodem. Christopher ogólnie starał się zwykle zwracać uwagę na to, co je i pije – bez przesady, bo żyło się raz, czego świadkiem ten pudding – ostatnio jednak pijał chętnie wodę z miodem ze względu na fakt, że po podtruciu w Spaloną Noc ta pomagała trochę na podrażnione gardło.
– Czego się napijesz do tego wspaniałego puddingu? Herbata? Brandy? A może chcesz już iść na całość, jeśli chodzi o świąteczny klimat? Bo chyba w którejś szafce mamy gorącą czekoladę, matka kupowała ją w Belgii… o ile cała nie została wypita przez tych małych półdiabłów, podrzuconych tu niewątpliwie przez jakiegoś demona, które podobno są moim kuzynostwem.