17.12.2025, 11:55 ✶
Charlotte przeszła przez przedpokój, a następnie okrążyła szczątki krzesła niczym sęp, krążący nad ofiarą. W istocie chciała się upewnić, że to nie poskładają się same i nie zaczną znowu biegać po mieszkaniu. Skoro mieli tutaj przeklęte krzesło, które przetrwało pożar, i które omal jej nie obaliło, nie byłaby nawet tym zdziwiona: lepiej było zachować daleko idącą ostrożność.
– Powiesilibyśmy ją pod sufitem i sprzedawali bilety na jej oglądanie. Jestem więcej niż pewna, że wiele osób byłoby chętnych do takiego spektaklu – powiedziała Charlotte, a kąciki jej ust drgnęły.
Któraś z jej babek była Borginówną: i najwyraźniej zamiłowania do obcinania głów przeszły w tej linii krwi ku Charlotte, bo gdyby tylko naprawdę mogła zrobić coś takiego… to nie zastanawiałaby się zbyt długo. Normy społeczne były czymś, co znała, co rozumiała i co łamała, a te prawne bardzo lubiła obchodzić. Moralność natomiast? To słowo praktycznie nie istniało w jej słowniku.
– Zdecydujemy więc wszyscy razem – oświadczyła Charlotte.
Prawda była taka, że lubiła mieszkać z dziećmi i mieć je pod ręką. Zwłaszcza teraz, gdy zwyczajnie bała się o ich bezpieczeństwo. Ale sama pragnąc zawsze niezależności i tak chętnie podejmując własne decyzje wiedziała, że musi pozwolić na to i im: że pisklęta prędzej czy później wylatują z gniazd. Może coś ukłułoby ją w sercu, gdyby Jessie postanowił się wyprowadzić, ale po prostu ze spokojem zaczęłaby komenderować nad pakowaniem, potem bezlitośnie skrytykowała miejsce, które wybrał i wreszcie powiesiła na ścianach jakieś ładne obrazki, żeby wyglądało trochę lepiej. Nie usłyszałby od niej jednak słowa protestu.
– Poza tym my nie uciekamy. Dokonujemy co najwyżej strategicznych odwrotów – sprostowała jeszcze. Ucieczka. Myśl o ucieczce się jej nie podobała. Tak samo jak ta dziwna gula, która pojawiała się w jej gardle, gdy próbowała mówić o Voldemorcie. Charlotte nie przywykła do tego, żeby się bać. Tak, trochę lękała się, że coś złego spotka któreś z jej dzieci, ale… to było coś innego: coś zakodowanego w byciu matką (chyba że byłeś konkretnie matką Charlotte). A to? – Jeżeli chcesz wybrać coś sam, możesz poszukać jakiejś książki. Sukienkę oczywiście mogę pomóc ci wybrać, żebyś przypadkiem nie spróbował zamienić twojej siostry w mugolskiego cyrkowca, ale gdybyś wolał zrobić to sam, to biel i czerń sprawdzają się praktycznie zawsze, możesz więc przyjrzeć się białym i czarnym sukienkom – doradziła Charlotte, która uważała się za eksperta w takich sprawach.
Cofnęła się. Chyba uwierzyła, że krzesło jednak ich nie zaatakuje. Ale i tak uniosła różdżkę, tym razem próbując transmutować szczątki w popiół.
– Powiesilibyśmy ją pod sufitem i sprzedawali bilety na jej oglądanie. Jestem więcej niż pewna, że wiele osób byłoby chętnych do takiego spektaklu – powiedziała Charlotte, a kąciki jej ust drgnęły.
Któraś z jej babek była Borginówną: i najwyraźniej zamiłowania do obcinania głów przeszły w tej linii krwi ku Charlotte, bo gdyby tylko naprawdę mogła zrobić coś takiego… to nie zastanawiałaby się zbyt długo. Normy społeczne były czymś, co znała, co rozumiała i co łamała, a te prawne bardzo lubiła obchodzić. Moralność natomiast? To słowo praktycznie nie istniało w jej słowniku.
– Zdecydujemy więc wszyscy razem – oświadczyła Charlotte.
Prawda była taka, że lubiła mieszkać z dziećmi i mieć je pod ręką. Zwłaszcza teraz, gdy zwyczajnie bała się o ich bezpieczeństwo. Ale sama pragnąc zawsze niezależności i tak chętnie podejmując własne decyzje wiedziała, że musi pozwolić na to i im: że pisklęta prędzej czy później wylatują z gniazd. Może coś ukłułoby ją w sercu, gdyby Jessie postanowił się wyprowadzić, ale po prostu ze spokojem zaczęłaby komenderować nad pakowaniem, potem bezlitośnie skrytykowała miejsce, które wybrał i wreszcie powiesiła na ścianach jakieś ładne obrazki, żeby wyglądało trochę lepiej. Nie usłyszałby od niej jednak słowa protestu.
– Poza tym my nie uciekamy. Dokonujemy co najwyżej strategicznych odwrotów – sprostowała jeszcze. Ucieczka. Myśl o ucieczce się jej nie podobała. Tak samo jak ta dziwna gula, która pojawiała się w jej gardle, gdy próbowała mówić o Voldemorcie. Charlotte nie przywykła do tego, żeby się bać. Tak, trochę lękała się, że coś złego spotka któreś z jej dzieci, ale… to było coś innego: coś zakodowanego w byciu matką (chyba że byłeś konkretnie matką Charlotte). A to? – Jeżeli chcesz wybrać coś sam, możesz poszukać jakiejś książki. Sukienkę oczywiście mogę pomóc ci wybrać, żebyś przypadkiem nie spróbował zamienić twojej siostry w mugolskiego cyrkowca, ale gdybyś wolał zrobić to sam, to biel i czerń sprawdzają się praktycznie zawsze, możesz więc przyjrzeć się białym i czarnym sukienkom – doradziła Charlotte, która uważała się za eksperta w takich sprawach.
Cofnęła się. Chyba uwierzyła, że krzesło jednak ich nie zaatakuje. Ale i tak uniosła różdżkę, tym razem próbując transmutować szczątki w popiół.
Rzut O 1d100 - 77
Sukces!
Sukces!