03.03.2023, 06:58 ✶
Wzorowe zachowanie wampira - aby nie rozpraszać się potencjalnym widokiem krwi dobrodusznie rezygnował z oddychania i obserwacji otoczenia. Czas się oczywiście dłużył lecz Brandon należał do osób, które potrafią postawić na swoim. Tak jakby… bo właśnie przegrywał i wydawało się, że o tym nie wiedział. Minęły dopiero dwa miesiące od przemiany więc nie orientował się jeszcze, że jeśli znieruchomieje to wydaje się dosyć martwy. Komu mogłoby przyjść to do głowy? Tylko stalkerom bądź wrażliwym uzdrowicielom. Znienacka usłyszał krzyk tuż nad swoją głową. Tak bardzo się tego wystraszył, że też wrzasnął, jednocześnie próbował bodajże podnieść się lecz bliskość kobiety wytrąciła go z sensownego planowania koordynacji swych ruchów. W efekcie zleciał z krzykiem z krzeseł, chaotycznie próbując rękoma znaleźć jakiekolwiek oparcie - na próżno. Przywitał się z hukiem z zimną podłogą. Zobaczył przed sobą wyciągniętą różdżkę i momentalnie zrobiło mu się słabo. No nie, ale żeby aż tak?!
- Przecież nic nie zrobiłem a pani od razu z różdżką!- krzyknął i poderwał się na nogi, złapał swój plecak i na wstecznym czmychnął dwa metry od uzdrowicielki. Przywrócił oddychanie; musiał jeśli chciał się odzywać. Z lekkim niepokojem rozejrzał się po recepcji lecz na szczęście nie było innych pacjentów.
- Jak chce mnie pani posłać do diabła to wystarczy powiedzieć a nie od razu atakować. - oburzył się lecz dominował strach przed reakcją kobiety. Przekonany był, że recepcjonistka doniosła na niego wyższym szczeblom i postanowiono go unicestwić. Nagle rozpoznał twarz kobiety.
- O, pani Bulstrode? To ja, Cody Brandon. Może mnie pani pamięta. Byłem tutaj z mamą półtora roku temu. - uznał, że jeśli przypomni kobiecie swoją osobę to istnieje szansa, że te wnioski o krew zostaną jednak rozpatrzone pozytywnie i to szybciej niż w ciągu miesiąca. Półtora roku temu w trakcie rozmowy z Bulstrode trzymał pewną dozę rezerwy, wpojoną przez matkę lecz teraz przymknął na to oko skoro chciano go stąd eksmitować bez zapasów.
- Przecież nic nie zrobiłem a pani od razu z różdżką!- krzyknął i poderwał się na nogi, złapał swój plecak i na wstecznym czmychnął dwa metry od uzdrowicielki. Przywrócił oddychanie; musiał jeśli chciał się odzywać. Z lekkim niepokojem rozejrzał się po recepcji lecz na szczęście nie było innych pacjentów.
- Jak chce mnie pani posłać do diabła to wystarczy powiedzieć a nie od razu atakować. - oburzył się lecz dominował strach przed reakcją kobiety. Przekonany był, że recepcjonistka doniosła na niego wyższym szczeblom i postanowiono go unicestwić. Nagle rozpoznał twarz kobiety.
- O, pani Bulstrode? To ja, Cody Brandon. Może mnie pani pamięta. Byłem tutaj z mamą półtora roku temu. - uznał, że jeśli przypomni kobiecie swoją osobę to istnieje szansa, że te wnioski o krew zostaną jednak rozpatrzone pozytywnie i to szybciej niż w ciągu miesiąca. Półtora roku temu w trakcie rozmowy z Bulstrode trzymał pewną dozę rezerwy, wpojoną przez matkę lecz teraz przymknął na to oko skoro chciano go stąd eksmitować bez zapasów.