Sylwetka porzucona ponad gargantuicznymi stosami papierów nikła w przestrzeni; zupełnie jakby nie była bytem, a marą zrodzoną z najszczerszych koszmarów – wory pod oczami świadczyły nieuniknienie o kolejnej nieprzespanej nocy, błogiej w rozmyślania, ciasny druk wypełniający książki oraz niepokorne wzdychanie. Gdyby tylko objęcia Morfeusza otulały ją mocniej, aniżeli na przestrzeń półsnu, który nie przynosił żadnego ukojenia, byłaby istotą bardziej przystępną; może nawet milszą. Bo choć charakter grał pierwsze skrzypce w obraźliwej osobowości, gniewnym marszczeniu brwi i grymasom, których nie dało się jakkolwiek przyrównać do uśmiechów – bezsenność zaskarbiała sobie także lwią część w oślizgłym usposobieniu.
Wisiała więc nad stosem kartek, a pojedyncze kosmyki grzywki przysłaniały wzrok; co rusz zakładała je za ucho, te jednak nieprzejednanie wracały na swoje pierwotne miejsce. Zacisnęła usta w wąską linię, zupełnie jakby złość ją trawiła, aby po chwili poprawić noski okularów umiejscowionych na bladym, wyzbytym z piegów nosie.
Zerknęła na zegar ścienny, pokazujący porę, w której Flint powinna być już na miejscu. Jego tykanie nieodzownie stanowiło kilkusekundowe spóźnienie, z którym ta pojawiła się w prosektorium. Przewertowała raz jeszcze raport, upewniając się, iż wszystko leży na swoim miejscu.
– Dziewięć sekund – wydusiła z siebie jedynie, głosem chłodniejszym niż powietrze wyściełające pomieszczenie, gdy drzwi otworzyły się, zwiastując obecność Cynthii.
Nie kontynuowała słownej potyczki, zamiast tego podnosząc się z ciężkiego fotela, aby po chwili poprawić spływający miękko z ramion fartuch – ubarwiony substancjami chemicznymi i formaliną.
Wzrok spłynął na kartonowy kubek z kawą, który prędko uniosła ku pełni warg – parząca ciecz, czarna jak te kwietniowe noce, rozlała się gorącem po krtani. Wyszkolenie dziewczyny w dostarczaniu odpowiednio doprawionej dawki kofeiny zajęło mnogość jej pierwszych dni na stażu – była to materia, w której Lycoris była bezwzględnie wymagająca.
– Panna Goldsmith jest gotowa. Trzykrotne dźgnięcie nożem w klatkę piersiową, nic spektakularnego – odparła.
Uniosła wysoko brwi na dalsze słowa kobiety, a spomiędzy jej warg wydobyło się prychnięcie śmiechem nieomal tak prawdziwe, jakby wypłynęło z ust istoty odrobinę przyjemniejszej w obyciu.
– Gdybym nie miała pamięci absolutnej, zapewne też nazywałabym go „tym wąsatym”. Jack Slughorn – wyjątkowo przebrzydły przypadek, ale radzę ci być dla niego miłą. Nie muszę chyba dodawać, dlaczego mnie nie lubi – odparła lekko.
Perfekcjonizm, który skalał ją na drodze pracy, przejawiał się także w wymogach wobec swojej uczennicy; niezależenie jak ta się starała, według Black zawsze mogła zrobić to lepiej. W gruncie rzeczy była taka także wobec siebie, napominając wielokroć każdy błąd, który mogła potencjalnie popełnić.