18.12.2025, 12:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2025, 12:14 przez Christopher Rosier.)
Był autentycznie pewny siebie. Bywał zarozumiały. Czasem trochę za bardzo się przechwalał. Nie każdym się przejmować, bo ludzi było wielu, a on był jeden, i szkoda mu było psuć sobie głowę jakimś bohaterstwem albo altruizmem, sięgającym dalej niż jego podwórka. Ale to nie oznaczało, że nie wyłapywał pewnych oznak. I czasem chciało mu się nawet je odczytać, połączyć i może się nimi zainteresować: nawet jeżeli nie robił tego na co dzień.
– Nie myślałaś więc, żeby tym się zająć? Nie mam na myśli jakiegoś warzenia na zamówienie, raczej… prace nad nowymi rzeczami.
Wzdrygnął się na samą myśl o siedzeniu i warzeniu kociołków wigginowego: to byłoby jak masowe szycie modelu tej samej sukienki. Koszmar. Ale Lestrange miała dość pieniędzy, by nie musiała się przejmować ani bieżącym utrzymaniem, gdyby prowadziła prace – czy to na własny rachunek, czy w Mungu, czy w Departamencie Tajemnic, czy jeszcze gdzieś indziej – ani kosztami związanymi z zakupem materiałów czy urządzeniem pracowni. Rodzina pewnie byłaby z niej dumna, a gdyby zdołała wynaleźć i wprowadzić na rynek jakiś naprawdę przydatny, nowy eliksir…
Inna sprawa, że kiwnięcie głową Christopher po prostu zaakceptował. Sam był wielkim orędownikiem robienia w życiu akurat tego, na co miało się ochotę.
– Mogę udzielić ci paru lekcji – oświadczył, jakby zapomniał, że póki co ten pudding to było jednorazowe zwycięstwo. Nie było mu ani trochę wstyd, że przygotował potrawę: Rosier w ogóle bardzo rzadko czegokolwiek się wstydził, a ten pudding pachniał wspaniale, wyglądał wspaniale i w ogóle był wspaniały. – Nie mogłem się oprzeć, pewnie przez to, że śniły mi się święta, a jak znalazłem ten przepis, przypomniało mi się jedno Yule, które spędziłem w Hogwarcie… pudding był jedynym jego jasnym punktem. Jak ostatni idiota pomogłem wtedy jednej Puchonce z jej stylizacją, tak bo mi się zrobiło jej szkoda… …była całkiem ładną dziewczyną, która ubierała okropnie niedopasowane rzeczy, i Christopher nie mógł już na to patrzeć. Poza tym nudził się, spędzając Yule w opustoszałym zamku. - …a ona sobie coś ubzdurała i próbowała przez całe okolice świąt przydybać mnie pod jemiołą.
Aż się wzdrygnął na samo wspomnienie.
Całowanie pod jemiołą uważał za wspaniałą albo za okropną tradycję, łatwo zmieniając poglądy w zależności od okoliczności. Obecnie chyba miał wobec niego akurat letnie odczucia, bo jak tak sobie pomyślał, to chwilowo nie było nikogo, kogo mógłby pod jemiołą całować. Modelkę, przypadkiem? Jeszcze zbyt wiele by sobie pomyślała, a pracownica i szef to dobre zestawienie tylko w książkach Lockhartów. Moody? Po tym, jak poszło wesele Blacków, chyba żadne z nich nie miało na to ochoty. Victorię? Ją mógłby pocałować, ale bardzo prawdopodobne, że dałaby mu w twarz. Nie wiedział wprawdzie, jakie dokładnie miała odczucia wobec szybkich zaręczyn i szybkiego zerwania (co do którego, czy zaistniało, nie był nawet pewny, usłyszał plotkę, a głupio mu było jakoś teraz spytać), ale zdawało się mu, że tym razem narzeczonego lubiła – choć w oczach Christophera był równie katastrofalnym wyborem, jak jego drogi kuzyn.
– Kaszel, co? Okropieństwo, ta cała sadza. Chyba postanowili władać na zgliszczach – westchnął ciężko, stukając różdżką w dzbanek, by podgrzać wodę na herbatę, a potem podsunął Victorii talerz ze starannie ukrojoną porcją puddingu. – Najstarsze chyba dziewięć? Jest ich w teorii troje, a mógłbym przysiąc, że robią zamieszania za najmniej pół tuzina – stwierdził, siadając i sam z namaszczeniem nabrał na widelec trochę puddingu.
– Nie myślałaś więc, żeby tym się zająć? Nie mam na myśli jakiegoś warzenia na zamówienie, raczej… prace nad nowymi rzeczami.
Wzdrygnął się na samą myśl o siedzeniu i warzeniu kociołków wigginowego: to byłoby jak masowe szycie modelu tej samej sukienki. Koszmar. Ale Lestrange miała dość pieniędzy, by nie musiała się przejmować ani bieżącym utrzymaniem, gdyby prowadziła prace – czy to na własny rachunek, czy w Mungu, czy w Departamencie Tajemnic, czy jeszcze gdzieś indziej – ani kosztami związanymi z zakupem materiałów czy urządzeniem pracowni. Rodzina pewnie byłaby z niej dumna, a gdyby zdołała wynaleźć i wprowadzić na rynek jakiś naprawdę przydatny, nowy eliksir…
Inna sprawa, że kiwnięcie głową Christopher po prostu zaakceptował. Sam był wielkim orędownikiem robienia w życiu akurat tego, na co miało się ochotę.
– Mogę udzielić ci paru lekcji – oświadczył, jakby zapomniał, że póki co ten pudding to było jednorazowe zwycięstwo. Nie było mu ani trochę wstyd, że przygotował potrawę: Rosier w ogóle bardzo rzadko czegokolwiek się wstydził, a ten pudding pachniał wspaniale, wyglądał wspaniale i w ogóle był wspaniały. – Nie mogłem się oprzeć, pewnie przez to, że śniły mi się święta, a jak znalazłem ten przepis, przypomniało mi się jedno Yule, które spędziłem w Hogwarcie… pudding był jedynym jego jasnym punktem. Jak ostatni idiota pomogłem wtedy jednej Puchonce z jej stylizacją, tak bo mi się zrobiło jej szkoda… …była całkiem ładną dziewczyną, która ubierała okropnie niedopasowane rzeczy, i Christopher nie mógł już na to patrzeć. Poza tym nudził się, spędzając Yule w opustoszałym zamku. - …a ona sobie coś ubzdurała i próbowała przez całe okolice świąt przydybać mnie pod jemiołą.
Aż się wzdrygnął na samo wspomnienie.
Całowanie pod jemiołą uważał za wspaniałą albo za okropną tradycję, łatwo zmieniając poglądy w zależności od okoliczności. Obecnie chyba miał wobec niego akurat letnie odczucia, bo jak tak sobie pomyślał, to chwilowo nie było nikogo, kogo mógłby pod jemiołą całować. Modelkę, przypadkiem? Jeszcze zbyt wiele by sobie pomyślała, a pracownica i szef to dobre zestawienie tylko w książkach Lockhartów. Moody? Po tym, jak poszło wesele Blacków, chyba żadne z nich nie miało na to ochoty. Victorię? Ją mógłby pocałować, ale bardzo prawdopodobne, że dałaby mu w twarz. Nie wiedział wprawdzie, jakie dokładnie miała odczucia wobec szybkich zaręczyn i szybkiego zerwania (co do którego, czy zaistniało, nie był nawet pewny, usłyszał plotkę, a głupio mu było jakoś teraz spytać), ale zdawało się mu, że tym razem narzeczonego lubiła – choć w oczach Christophera był równie katastrofalnym wyborem, jak jego drogi kuzyn.
– Kaszel, co? Okropieństwo, ta cała sadza. Chyba postanowili władać na zgliszczach – westchnął ciężko, stukając różdżką w dzbanek, by podgrzać wodę na herbatę, a potem podsunął Victorii talerz ze starannie ukrojoną porcją puddingu. – Najstarsze chyba dziewięć? Jest ich w teorii troje, a mógłbym przysiąc, że robią zamieszania za najmniej pół tuzina – stwierdził, siadając i sam z namaszczeniem nabrał na widelec trochę puddingu.