18.12.2025, 12:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2025, 12:48 przez Brenna Longbottom.)
– Z podpisem „zamiast kłusowników niechcący ujęła czarnoksiężnika – seryjnego mordercę”? Na pewno wybraliby moje najgorsze zdjęcie – zakpiła. Niezbyt na serio, bo zakładała jednak, że ten Franklin to pewnie jakiś syn tamtego Franklina, tyle że skoro ten nie chodził do Hogwartu i w ogóle nie był notowany, albo dorastał gdzieś w ukryciu, albo za granicą… i może jednak jego ujęcie mogło pomóc w rozwiązaniu tamtej sprawy sprzed lat.
W społeczeństwie, i to nie tylko czarodziejów, istniały pewne schematy, i przydział ról, a lata siedemdziesiąte nawet jeśli już odchodzące od pewnych zwyczajów, nie były aż tak postępowe, zwłaszcza w ich świecie, aby to całkiem zarzucono. Może z powodu wychowania więc, może ze względu na fakt, że ogólnie była trochę ślepa (ewentualnie głupia), nie próbowała go pocałować, póki nie zrobił tego on. Tak dla pewności dwa razy, bo za pierwszym mogło się mu coś pomylić albo piosenka grajka rzucić na mózg.
Ale nie była szczególnie nieśmiała, więc teraz raczej nie miała wielkich oporów.
Uśmiechnęła się tylko ledwo zauważalnie, kiedy zaczął narzekać na pogniecione ubranie, a chłodne usta przesunęły się po jej policzku.
– Skrzat ją wyprasuje – odparła bezczelnie, znów obracając się do niego i przeciągnęła dłonią po jego koszuli, która wcale nie była jakoś szczególnie pognieciona. – A to całkiem możliwe, w sumie nikt nie ma teraz głowy do szykowania dekoracji, a nawet słyszałam coś o jakimś uciekającym zielsku… – powiedziała, zadzierając ponownie głowę, by spojrzeć na jemiołę. Tym razem w jej spojrzeniu czaiła się pewna podejrzliwość, bo może były to dekoracje, które miały zawisnąć w Ministerstwie na Yule, a na zajmowanie się którymi nikt teraz nie miał czasu, a może okaże się, że jednak to mordercze rośliny, nad którymi pracowali Niewymowni i zaraz spróbują ich zeżreć? Może zeżarły już Paddy’ego, i jednak myliła się sądząc, że ten pił teraz w jakimś irlandzkim barze?
– W teorii powinno, w praktyce cholera wie… – zaczęła i nie zdążyła dokończyć, bo cóż, na zaklęcie zamiast akt zareagowała jemioła. Śnieg spadł wprost na nich, jakby roślinki chciały stworzyć odpowiednią atmosferę, ale że na pewno nie oglądały mugolskich filmów, nie wiedziały, jak ma to wyglądać – i w efekcie zamiast płatków śniegu wirujących w powietrzu czy coś takiego, postanowiły zaserwować od razu całą zaspę. W dodatku wilgotną, która nie wydawała się ani trochę iluzyjna.
– Lepiej, że zasypało nas niż akta – westchnęła tylko, uznając, że nie ma sensu tracić energii na denerwowanie się, i przetarła oczy, w które dostało się trochę śniegu. Ten osiadł też na włosach i ramionach. – Koszula nie dość, że pognieciona, to jeszcze ośnieżona – stwierdziła, strzepując z rzeczonej koszuli trochę śniegu.
czy zaspa wytrąciła różdzkę
W społeczeństwie, i to nie tylko czarodziejów, istniały pewne schematy, i przydział ról, a lata siedemdziesiąte nawet jeśli już odchodzące od pewnych zwyczajów, nie były aż tak postępowe, zwłaszcza w ich świecie, aby to całkiem zarzucono. Może z powodu wychowania więc, może ze względu na fakt, że ogólnie była trochę ślepa (ewentualnie głupia), nie próbowała go pocałować, póki nie zrobił tego on. Tak dla pewności dwa razy, bo za pierwszym mogło się mu coś pomylić albo piosenka grajka rzucić na mózg.
Ale nie była szczególnie nieśmiała, więc teraz raczej nie miała wielkich oporów.
Uśmiechnęła się tylko ledwo zauważalnie, kiedy zaczął narzekać na pogniecione ubranie, a chłodne usta przesunęły się po jej policzku.
– Skrzat ją wyprasuje – odparła bezczelnie, znów obracając się do niego i przeciągnęła dłonią po jego koszuli, która wcale nie była jakoś szczególnie pognieciona. – A to całkiem możliwe, w sumie nikt nie ma teraz głowy do szykowania dekoracji, a nawet słyszałam coś o jakimś uciekającym zielsku… – powiedziała, zadzierając ponownie głowę, by spojrzeć na jemiołę. Tym razem w jej spojrzeniu czaiła się pewna podejrzliwość, bo może były to dekoracje, które miały zawisnąć w Ministerstwie na Yule, a na zajmowanie się którymi nikt teraz nie miał czasu, a może okaże się, że jednak to mordercze rośliny, nad którymi pracowali Niewymowni i zaraz spróbują ich zeżreć? Może zeżarły już Paddy’ego, i jednak myliła się sądząc, że ten pił teraz w jakimś irlandzkim barze?
– W teorii powinno, w praktyce cholera wie… – zaczęła i nie zdążyła dokończyć, bo cóż, na zaklęcie zamiast akt zareagowała jemioła. Śnieg spadł wprost na nich, jakby roślinki chciały stworzyć odpowiednią atmosferę, ale że na pewno nie oglądały mugolskich filmów, nie wiedziały, jak ma to wyglądać – i w efekcie zamiast płatków śniegu wirujących w powietrzu czy coś takiego, postanowiły zaserwować od razu całą zaspę. W dodatku wilgotną, która nie wydawała się ani trochę iluzyjna.
– Lepiej, że zasypało nas niż akta – westchnęła tylko, uznając, że nie ma sensu tracić energii na denerwowanie się, i przetarła oczy, w które dostało się trochę śniegu. Ten osiadł też na włosach i ramionach. – Koszula nie dość, że pognieciona, to jeszcze ośnieżona – stwierdziła, strzepując z rzeczonej koszuli trochę śniegu.
Rzut TakNie 1d2 - 2
Nie
Nie
czy zaspa wytrąciła różdzkę
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.