Zamknęła spojrzenie jego w barwnej szkatułce, w której ujmowała oblicza każdego, kto na jej drodze zechciał się postawić niepokornie, wbrew mknącego całokształtem dnia. Choroba Milforda sprawiała, iż zapamiętywała większość spraw dobitnie, zupełnie jakby te polatywały mianem istotności – tak jednak nie było. Westchnięcie, odrobinę zbyt zbolałe, opuściło oddechem jej wargi, prędko rozmywając się w przestrzeni. Przecież ludzka krzątanina już dawno jej zbrzydła, a obcowanie z trupami stawało się najmilszą spośród kochanek – cierpka dłoń kostuchy zaciskała się z wolna na jej krtani, a ona nie oponowała wobec okrutności wszechrzeczy. Dlatego też, mętne spojrzenie ulokowane w osobie Borgina wydało się mieć wielokroć większy nacisk.
– To nie kwestia mojej krzepy, tylko braku twojej – odparowała; zechciała nieomal wywrócić teatralnie oczyma, powstrzymała się jednak, zaciskając jedynie usta w wąską linię.
Zignorowała jego słowa na temat papierów – były one przecież oczywiste, a jej wcześniejsza wypowiedź ociekała wręcz ironią; nie miała zamiaru tłumaczyć oczywistości – te przecież, polatujące w przestrzeni, można było przygarnąć bezsłownie. Rzuciła mu jedynie pełne politowania spojrzenie, jednak kolejna propozycja sprawiła, że w symbiozie do wzroku uniosła wysoko brwi.
Powstrzymała się wszelką siłą samokontroli, aby nie rzucić klasycznego chyba bóg cię opuścił, aby nie obrócić się na pięcie i aby nie zamknąć drzwi gabinetu ze zdecydowanie nieeleganckim hukiem.
Zamiast tego westchnęła cicho.
– Jeśli nie będzie to najobrzydliwszym, co dotychczasowo piłam, będę naprawdę zawiedziona. Nie żeby było to czymkolwiek nowym, życie mnie zawodzi codziennie – odparła i obrzuciwszy go ostatnim, tnącym spojrzeniem, chowając dłonie w kieszeniach fartucha, ruszyła przed siebie korytarzem.
Ministerialne korytarze potrafiły być niebanalnie zawiłe, pozwoliła więc się poprowadzić do destynacji okropieństw, których miała niebawem zasmakować. Każdy krok napominał ją, iż nie powinna opuszczać gabinetu – wierzyła jednak, iż Cynthia poradzi sobie bez jej nieskromnej obecności; przybrała swoją naturalną, odrobinę zblazowaną i znudzoną mimikę, gdy dotarli na miejsce.