Jej wchodzenie do jednej rzeki, nieomal taplanie się w akwenie cudzych emocji, ranienie i bycie ranioną, choć nigdy nie okazałaby tego w żaden rozsądny sposób, umykanie życiowym konwenansom i plucie na salonową kurtuazję urastały do miana fetyszu. Bo przecież uwielbiała taksować spojrzeniem chłodnych tęczówek wszystko, co stanęło na jej drodze nieprzejednanie, nie wzburzając kącików ust ku uniesieniu się chociaż w najmniejszym stopniu – grymasy wszak, witały na jej wargach dobitnie rzadko, stanowiąc o niej jako o tej przeklętej Meduzie, która surowym wzrokiem zamieniała śmiałków w kamień; bankiety urosły w przekonaniu, iż jej uśmiech przeklina; a przecież nie uśmiechała się nader często, zapewne gdyby pogłoski zawierały w sobie nić prawdy – robiłaby to częściej. Tymczasem lodowe westchnięcie jej uwertury zostało naruszone, stłamszone i zdeptane przez nerwy. Nigdy nie dawała się ponieść emocjom, co przyrównywało ją do osoby Elliotta w sposób najdoskonalszy. Tym razem jednak było inaczej; chodziło o niego, jej najmilszego Perseusa, który nie radził sobie z okrutnością prozy życiowej wyjątkowo często.
Widok jego pobitego oblicza, nieprzytomnej formy, w której leżał w szpitalnym łóżku, wzburzyło coś zarówno w umyśle, jak i w żołądku – chciało jej się wymiotować, bo przecież salwy łez nie była w stanie podjudzić. Ich los dzielony na dwoje, zawsze i nierozerwalnie przeplatał się w kakofonii życia. Niewielka różnica w wieku zamykała ich w jednej szkatułce wspomnień, podburzając zmysłowy mikrokosmos pamięci – sam dotyk jego dłoni był w stanie ukoić wszelkie nerwy, a przenikliwość jego tęczówek, krzyżowanych z jej wzrokiem, ujmował w wyrazach wszystko, czego niezdolni byli wypowiedzieć. Nigdy nie mówiła mu, że go kocha, a kochała go ponad każde istnienie.
Zawodowy chłód, w którym zamknięte było ich wychowanie, nakazywał ascezę emocjonalną. Nieprzebrniętą bramę, za którą znajdywały się uczucia i ich wyrażanie – niedostępną dla nich przestrzeń; nigdy nie mówiła mu, jak ogromną wartość stanowiły dla niej jego uśmiechy i obecność; to, jak znosił jej psi nastrój towarzyszący nieomal przez całe życie, jak bronił ją przed burzliwym gniewem matki, gdy po raz kolejny popełniała wszelkie możliwe faux pas na bankietach z czystej premedytacji. To on był tym kwiatem, który wyrósł na łonie Blacków – ona w tej metaforze stanowiła nieprzyjemny w obyciu chwast.
I te trzydzieści jeden niepełnych wiosen było nierozerwalnie złączone z jego istnieniem. Coś ją dławiło, gdy widziała jego zaklęte w śnie oblicze, sine ślady na twarzy i bezbronność, w której skąpane było jego ciało. Nagle wydał jej się jeszcze mniejszy; jeszcze bardziej wrażliwy i tkliwy. Zatrzymała się w swej pieszej wędrówce po sali, podchodząc do Elliotta, aby położyć mu dłoń na ramieniu. Nie potrzebowała w żadnej mierze bliskości, jednak jego obecność stanowiła wartość autoteliczną.
Marmurowe oblicze zaklęło się momentalnie w przemyśleniach, które zaczęły zbijać się w niepodważalną całość. W pamięci wybuchł obraz przepowiedni, które dręczyły ją w śnie przez parę nocy – przedstawiały scenę porwania, nie precyzując, kogo i czego ona dotyczyła. Puzzle układały się w pełnię, gdy zadrżała, siadając na stołku obok Malfoy’a.
– Elliott – zaczęła, przełykając ciężko ślinę. – Czy to możliwe, że on został porwany? Widziałam pewne rzeczy… – zamilkła gwałtownie, pochylając się nad sylwetką nieprzytomnego brata.
Niepewność zadrżała ryzami jej umysłu, gdy percepcyjnie zdarzenia poczęły się układać w niezawoalowaną całość.
– Wiesz jaki on jest. Nigdy nie mówi nikomu, a na wyduszanie z niego informacji reaguje gniewem. Myślałam, że to było jedno z jego niezapowiedzianych zniknięć, że po paru dniach przyjdzie do mojego mieszkania i będzie zupełnie tak, jakby nigdy nie uciekł – rzekła. – Przecież rzeczywistość często go przerasta, doskonale o tym wiesz. Teraz jednak… – urwała w martwym punkcie, wzrok ponownie przenosząc na mętne oblicze brata.