03.03.2023, 15:38 ✶
Ilekroć Florence wydawało się, że widziała w tej pracy już wszystko, świat postanawiał udowodnić jej, jak bardzo się myli. Na przykład wysyłając do szpitalnej poczekali wampira, który nie oddychał. Chwała Merlinowi, że z uwagi na późną porę ruch był nieco mniejszy, a ta noc okazała się wyjątkowo spokojna.
Obserwowała Codyego w milczeniu, kiedy udzielał swoich wyjaśnień. Była na tyle skonsternowana, że nie spoglądała na niego z celowym potępieniem czy niezadowoleniem, problem jednak polegał na tym, że naturalny wyraz twarzy Florence w oczach większości ludzi wyglądał, jakby chciała kogoś zamordować.
- Następnym razem sugeruję w takiej sytuacji kartkę. Na przykład z napisem „Nie jestem martwy” – powiedziała w końcu z pewnym przekąsem. Trudno było orzec, czy żartuje, czy sugestia była wygłoszona na poważnie.
Florence wprawdzie opuściła różdżkę, ale wciąż jej nie chowała. Tak na wszelki wypadek. Nie mogła nawet winić Sarah, że ta niezbyt chciała wypełniać wnioski dla wampirów. Cody Brandon był przecież martwy. Nie oddychał, jego serce nie biło, a chodził po świecie wyłącznie dzięki mocy nekromanckiej magii. Napędzał go głód krwi i naprawdę ciężko było Florence uwierzyć, że nigdy nikogo nie zaatakuje. Może nie zrobi tego teraz ani jutro, ale za pięćdziesiąt albo sto lat? Niemniej w tej chwili usiłował kupić krew w szpitalu, a jeżeli jej tu nie dostanie, to doprowadzony do ostateczności na pewno kogoś zaatakuje.
- O co chodzi, Sarah?
– Przychodzi tu o wiele za często. Częściej niż według podręcznika występuje niezbędne zapotrzebowanie. Wykracza poza program dofinansowań. Czy jemu wydaje się, że krew rośnie na drzewach?
Florence odetchnęła. I co miała zrobić z tym fantem?
– Uzupełnij ten wniosek, proszę – powiedziała do Sarah. Po części dlatego, że naprawdę chciała pozbyć się stąd Brandona jak najszybciej. Ktoś martwy nie powinien ot tak siedzieć sobie w szpitalu! Chyba że chodziło o szpitalną kostnicę. – Panie Brandon, nie wiem, ile pan wie o wampirach, ale proszę pamiętać, że zaspokojenie głodu w pełni… nie jest możliwe. Jeśli będzie pan przyjmował zwiększone dawki krwi, on będzie tylko rósł.
…a to prosta droga do „nie da się inaczej, bo nie zdobędę aż tyle krwi legalnie, więc może rozerwę kogoś na strzępy i wypiję całego”. Przynajmniej w oczach Bulstrode.
– Jeśli chodzi o problemy z zapasami, szpitalne nie są nieograniczone. Ktoś musi najpierw krew oddać. A czarodzieje jeśli to robią, to tylko za pieniądze. – W końcu krew dla pacjentów nie była potrzebna. Tę uzupełniali po prostu za pomocą specjalnych eliksirów. Transfuzje nie były raczej stosowane w Mungu. Krew szpital musiał pozyskać albo komuś płacąc… albo od Mugoli. – Będzie łatwiej, jeżeli ktoś z pańskich krewnych albo znajomych odda krew osobiście. Zwłaszcza, jeśli ma tę samą grupę… którą miał pan.
Obserwowała Codyego w milczeniu, kiedy udzielał swoich wyjaśnień. Była na tyle skonsternowana, że nie spoglądała na niego z celowym potępieniem czy niezadowoleniem, problem jednak polegał na tym, że naturalny wyraz twarzy Florence w oczach większości ludzi wyglądał, jakby chciała kogoś zamordować.
- Następnym razem sugeruję w takiej sytuacji kartkę. Na przykład z napisem „Nie jestem martwy” – powiedziała w końcu z pewnym przekąsem. Trudno było orzec, czy żartuje, czy sugestia była wygłoszona na poważnie.
Florence wprawdzie opuściła różdżkę, ale wciąż jej nie chowała. Tak na wszelki wypadek. Nie mogła nawet winić Sarah, że ta niezbyt chciała wypełniać wnioski dla wampirów. Cody Brandon był przecież martwy. Nie oddychał, jego serce nie biło, a chodził po świecie wyłącznie dzięki mocy nekromanckiej magii. Napędzał go głód krwi i naprawdę ciężko było Florence uwierzyć, że nigdy nikogo nie zaatakuje. Może nie zrobi tego teraz ani jutro, ale za pięćdziesiąt albo sto lat? Niemniej w tej chwili usiłował kupić krew w szpitalu, a jeżeli jej tu nie dostanie, to doprowadzony do ostateczności na pewno kogoś zaatakuje.
- O co chodzi, Sarah?
– Przychodzi tu o wiele za często. Częściej niż według podręcznika występuje niezbędne zapotrzebowanie. Wykracza poza program dofinansowań. Czy jemu wydaje się, że krew rośnie na drzewach?
Florence odetchnęła. I co miała zrobić z tym fantem?
– Uzupełnij ten wniosek, proszę – powiedziała do Sarah. Po części dlatego, że naprawdę chciała pozbyć się stąd Brandona jak najszybciej. Ktoś martwy nie powinien ot tak siedzieć sobie w szpitalu! Chyba że chodziło o szpitalną kostnicę. – Panie Brandon, nie wiem, ile pan wie o wampirach, ale proszę pamiętać, że zaspokojenie głodu w pełni… nie jest możliwe. Jeśli będzie pan przyjmował zwiększone dawki krwi, on będzie tylko rósł.
…a to prosta droga do „nie da się inaczej, bo nie zdobędę aż tyle krwi legalnie, więc może rozerwę kogoś na strzępy i wypiję całego”. Przynajmniej w oczach Bulstrode.
– Jeśli chodzi o problemy z zapasami, szpitalne nie są nieograniczone. Ktoś musi najpierw krew oddać. A czarodzieje jeśli to robią, to tylko za pieniądze. – W końcu krew dla pacjentów nie była potrzebna. Tę uzupełniali po prostu za pomocą specjalnych eliksirów. Transfuzje nie były raczej stosowane w Mungu. Krew szpital musiał pozyskać albo komuś płacąc… albo od Mugoli. – Będzie łatwiej, jeżeli ktoś z pańskich krewnych albo znajomych odda krew osobiście. Zwłaszcza, jeśli ma tę samą grupę… którą miał pan.