Czas mijał, tak naprawdę to nie miała pojęcia, ile siedzieli w tej Wieży, nie wiedziała, ale, czy to było ważne? Jednego była pewna, nadal była noc, bo gwiazdy rozświetlały nieboskłon swoim blaskiem, tak zabawnie mieszały się ze sobą, rozmazywały, kiedy na nie spoglądała przez szybę uśmiechała się sama do siebie. Świat tańczył, to znaczy wirował, odrobinę, nie bardzo, nie, aż tak, żeby musiała z niego wysiąść. Dawno nie czuła się tak lekko, jakby nic, zupełnie nic się nie liczyło. To było bardzo przyjemnym uczuciem, brak ciężaru, który zazwyczaj ciągnął ją w dół.
Parapet okazał się być całkiem odpowiednim miejscem do spędzenia Yule, nigdy nie spodziewała się tego, że będzie jej tutaj tak wygodnie, że towarzystwo intruza okaże się najlepszym, co ją tej nocy spotkało, już dawno przestał być intruzem, okazał się być najlepszym kompanem jakiego mogła sobie wymarzyć i miał ten śmieszny sok dyniowy, który smakował nieco ostro, ale był smaczny, sięgała więc po tę butelkę i czuła, że coś się zmienia, oni się zmieniali, otoczenie się zmieniało, a ciepło rozlewało jej się po całym ciele. Było jej dziwnie błogo.
- Trudno byłoby to policzyć, bo ziemia się kręci, świat się kręci, gwiazdy się ruszają, nie wiem jak można to policzyć, ale wszyscy w to wierzą, dlaczego więc miałoby być inaczej? Dlaczego od razu uważasz, że to oszustwo, być może nie, można to pewnie jakoś sprawdzić. Tak właściwie to nie musi się zgadzać, po co ma się zgadzać? - Patrzyła na gwiazdy, próbowała się skupić, ale gubiła wątek i nie do końca wiedziała o czym rozmawiają, nie była w najlepszej formie, nie kiedy świat wokół wirował, a myśli, myśli uderzały w nią bardzo mocno i nic nie mogła z tym zrobić, obrazy pojawiały się przed jej oczami, i wcale nie było w nich nieba, czy gwiazd, pojawiał się uśmiech, ciemna czupryna, słyszała nawet śmiech. Niedobrze, mieszało jej się wszystko.
- Nawet jak nie był, to i tak był, Ty zawsze masz plan, nawet jak jeszcze go nie ma, to on i tak gdzieś jest i czeka. - Oczywiście, że w tej chwili wydawało jej się, iż to wszystko było zaplanowane. Nie miała pojęcia, skąd mógł wiedzieć o ukrytych zapasach alkoholu w wieży astronomicznej, miał na pewno swoje sposoby, zawsze miał, zawsze wszystko wiedział, chociaż tego nie pokazywał.
- No wiem, ale skoro to nie był on, to kto? Przecież nie ta jego, ta to co się tutaj czasami kręci... - Zatoczyła ręką krąg w powietrzu próbując wytłumaczyć o którą dokładnie jej chodzi, po chwili ręka jej jednak opadła, była taka ciężka, że nie mogła jej dłużej utrzymać nad sobą.
Co skłoniło ją do tego, aby sięgnąć po brandy? Nie miała pojęcia, nie było nawet smaczne, chociaż całkiem przyjemnie rozgrzewało, przynosiło ciepłe, które w murach wieży astronomicznej było przydatne, dzięki temu zupełnie nie czuła chłodu, wcale, a wcale, nie do końca była przygotowana na to, że spędzi w tym miejscu tyle czasu, ale nie narzekała, bo było miło i tak przyjemnie się im gawędziło, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
Próbowała przekazać mu butelkę, kiedy upiła z niej kolejny łyk, miała wrażenie, że każdy był coraz bardziej odważniejszy, jakby już zupełnie nie bała się tego, co może spowodować, bo była przecież bezpieczna, było tak przyjemnie i miło, i ciepło, co mogło pójść nie tak? No mogła przypadkiem przechylić butelkę i zmarnować ich zapasy alkoholu, które w tej chwili były naprawdę istotne, na szczęście czuwał, przez co od razu poprawiła chwyt, by nie wylać chociaż odrobiny. - Dobra, dobra, będę uważać. - Głowa wydawała się jej ciężka, dlatego przechyliła ją w jego stronę i oparła na ramieniu Aloysiusa, tak było lepiej, nie musiała już martwić się tym, że powinna trzymać ją prosto, a on był taki ciepły, i miękki, mogłaby tak opierać się bez końca, i ładnie pachniał, chociaż zapach brandy wszystko psuł.
- To liczył, czy nie liczył? Pewnie nie liczył, a jak liczył i pił, to i tak źle liczył, więc możesz mieć rację. - Wolała faktycznie trzymać się myśli, że liczba była nieznana i nikt nie zauważy braku jednej, czy dwóch butelek, jakoś spokojniej się jej dzięki temu siedziało, jedna buteleczka nie powinna zrobić różnicy, dla niego, dla nich robiła wielką.
Uniosła głowę do góry, zmrużyła oczy, próbowała złapać kontrast, ale wszystko jej się rozmazywało przed nimi, miała wrażenie, że czapka Wisha żyła swoim własnym życiem, poruszała się to w jedną stronę, to w drugą, te rogi ciągle się poruszały, chyba przypadkiem zrobiła zeza, kiedy tak na niego spoglądała.
Nie wydawało jej się to jednak dziwne, ona oparta o niego, on w tej śmiesznej czapce, z butelką odnalezioną zupełnie przypadkiem, nie, żeby spodziewała się, że coś takiego może się jej przytrafić, ale skoro już się przytrafiło i było fajnie, to bez sensu było zastanawiać się, czy jako prefektka powinna doprowadzać się do takiego stanu w wieży astronomicznej. Hogwart spał, wszyscy spali, byli tu tylko oni, więc nikt się nie dowie o tym, jak minęły jej święta, a były to może inne święta od wszystkich, a jednak równie fajne, może nawet lepsze?
- To nie jest prawdziwe, zaklęte niebo nie może się równać z tym tam. - Pokazała palcem za okno. - Jasne, możesz sobie je policzyć, ale co z tego? Wolę te na zewnątrz, nie zawsze trzeba znać liczby, one nie są ważne, można sobie tak po prostu patrzeć, nie liczyć, nie myśleć, nie wiem po co w ogóle ktoś to robi, niektórych rzeczy nie powinno się ruszać, bo są fajne takie niezbadane, wiesz o co mi chodzi? Nie trzeba wszystkiego wiedzieć. - Jak na osobę, która lubiła wiedzieć wszystko, mieć zawsze rację, łatwo zmieniła swoje podejście, oderwała się nieco od rzeczywistości, rozmarzyła się i było to całkiem przyjemnym uczuciem.
Kiedy mocniej się o niego oparła, objął ją ramieniem, przez co przesunęła się jeszcze odrobinę, aby wygodniej się ułożyć, przymknęła na chwilę oczy, nie wiedziała czemu czuje się tak błogo, niczym zupełnie się nie przejmowała, to było naprawdę niesamowite, ta brandy była niesamowita i ten wieczór też był niesamowity, rozmazywało się trochę jak sen, ale czuła obok siebie jego ciepło, więc to nie był sen, to się działo naprawdę, no musiało, nie było innej opcji, czyż nie? Tak to sobie przynajmniej tłumaczyła w swojej pijanej głowie, która była wyjątkowo ciężka.
- Tak jest, pamiętam wszystko, wszystko Wish i nigdy nie zapomnę. - Prosta sprawa, nie musiała nawet odpowiadać na jego pytanie, sam to zrobił, przypomniał sobie jak to z nią wyglądało. Czasem chciałaby zapomnieć, ale mogła o tym tylko pomarzyć, o wiedziała, że na pewno ten wieczór zajmie specjalne miejsce w jej wspomnieniach, bo takich rzeczy się nie zapomina zazwyczaj, a ona na pewno jeszcze wyraźniej go zapamięta, uśmiechnęła się na samą myśl o tym, że tak będzie. W tym wypadku warto było pamiętać wszystko.
- Przepraszam, nie będę, musiałam na chwilę, tak trochę... - Co musiała? Sama nie wiedziała tak do końca, przesunęła się nieco, bo chciała być bliżej, bo był ciepły, nie wiedziała dlaczego, nie było to ważne, bo miała tego nie robić, bo mu przeszkodziła, chociaż nie wiedziała w czym. Czuła dotyk na włosach, ale był przyjemny, więc mógł tak dalej się nimi bawić. - Na coś na pewno, nie rozplączę go nigdy. - Rzuciła lekko, bo skoro miał być na coś, to było to ważne, robił to tak precyzyjnie, że musiało mieć to jakiś większy sens, prawda?
Wyjątkowo dobrze się jej tutaj z nim siedziało, śmiała się, dawno nie śmiała się tak dużo, ale to nie było nic nadzwyczajnego w jego towarzystwie, on zawsze tak robił, powodował, że z jej twarzy nie schodził uśmiech, jakby nie umiała być smutna obok niego. Dziwna iskra przeszła przez jej ciało, bo chciała, żeby tak było już zawsze, czy mogli tu zostać na zawsze? Chyba nie, nie byli nietoperzami, ktoś kiedyś zainteresuje się tym dlaczego siedzą w tej wieży, no i prędzej, czy później wypiją cały zapas alkoholu profesora, to na pewno zmusi ich do wyjścia na zewnątrz.
Nie zdążyła zareagować, kiedy ciągnął ją za rękę w stronę tarasu, bo gwiazdy tam były bardziej gwiaździste - naprawdę doskonały argument, z którym nie mogła walczyć, chwiała się nieco, na szczęście trzymał ją za rękę, dzięki czemu nie odbiła się chyba od żadnej ściany, szła za nim, chociaż nie musiała tego robić, bo i tak wyciągnąłby ją na zewnątrz.
- No idę, idę, idę, idę, próbuję iść. - Szła przecież, trochę miała z tym problem, ale próbowała być dzielna, nie spodziewała się tego, że brandy może jej, aż tak utrudniać koordynację.
Chłód uderzył w nią, gdy znaleźli się na zewnątrz, na tym tarasie, jednakże nadal jej ciało było nie najgorzej rozgrzane przez wypity alkohol, nie wydawało się być, aż tak zimno, jak było naprawdę. Zrobiła więc kolejny krok do przodu. Rozejrzała się wokół, śniegi nie przestawał prószyć, gwiazdy jasno lśniły na niebie, to był naprawdę ładny widok, bardzo ładny, szkoda, że nieco tracił na swojej ostrości, a może to dodawało mu uroku?
- No, tak sobie wiszą na niebie i nic, wiszą i będą wisieć. - Uniosła głowę w górę, obróciła się wokół własnej osi, nogi miała miękkie, nieco zbyt miękkie, ale się nie przewróciła.
Wtedy zauważyła, że jak zawsze robił coś głupiego, był zbyt blisko krawędzi, jakby stąd spadł, to już by nie wstał.
- Nie obchodzi mnie Twoje wyczucie przestrzeni, masz się odsunąć, nie chcę, żebyś poleciał. - Tym bardziej, że nie mogła przecież go złapać, to było niebezpieczne i nawet alkohol nie sugerował jej, że nie.
Później rozbrzmiały się dzwony, Prue skrzywiła się nieco, bo nie spodziewała się tego dźwięku, dochodził z każdej strony, to było w ogóle możliwe, dlaczego były, aż takie głośne?
- No, o kurwa, głośno. - Nie wiedziała dlaczego sięgnął po ten epitet, ale być może pomyślał to samo, co ona, a może dzwony go otrzeźwiły i chciał uciec, nie, chyba nie, dobrze się przecież bawili.
Znalazł się tuż przy niej, uniosła głowę nieco, by na niego spojrzeć, mrużyła oczy, bo nie mogła ciągle złapać ostrości, nie było to wcale takie łatwe, śnieg spadał mu na te śmieszne rogi, w sumie to znowu zaczęła się patrzeć na nie, łatwo przyciągały jej uwagę.
Uniosła pytająco brew. No tak, było Yule, właściwie, technicznie, to chyba właśnie się skończyło? Dzwony sugerowały nadejście kolejnego dnia, więc mieli północ.
- Jesteśmy skomplikowani... - Pokiwała głową twierdząco, bo to do niej dotarło. Zawiesiła się na moment, bo tak przeżywał ten prezent, że nie wiedziała co zrobić, to tylko prezent, no i przecież i tak nie miał jej go dawać, bo jeszcze jakieś kilka godzin wcześniej się bardzo, ale to bardzo nie lubili, a przynajmniej tak sobie powtarzali.
- Cicho, szszaaa, ciszaaaa. - Próbowała zebrać myśli, szło jej to jednak bardzo opornie. Chwiała się to w przód, to w tył i wyśmienicie się przy tym bawiła.
- Technicznie rzecz biorąc dałeś mi prezent, znalazłeś tę butelkę, którą razem wypiliśmy, a nie musiałeś się dzielić, więc trochę możesz mieć to z głowy, wiesz? - Próbowała jak zawsze myśleć racjonalnie, skoro tak się tym przejął, to trzeba było zrobić coś, by zapomniał o problemie.
- Żadnych mioteł, nie lubię mioteł, miotły są przeklęte, nie, nie, nie, dobrze, że nie chcesz. - Niby próbowała zrozumieć, co miał na myśli, ale te miotły... nienawidziła ich, nienawidziła latać, nie chciała się zabić przypadkiem.
- Nie musisz mi nic... nie musisz mi nic na urodziny. - Nic dawać, nic kupować, cokolwiek, nic nie musiał.
- Ważne, że jesteś, wiesz? - Uśmiechnęła się, jej wzrok był nieco zamglony, nie przejmowała się zupełnie tym, co mówiła, ale była szczera, naprawdę w tej chwili cieszyła się z tego, że po prostu tu był, obok niej.
Nie zdążyła się odezwać, nie było jej zimno, może było, może nie było, nie czuła tego teraz. - Wszystko rozumiem, tak jasne, głupi, ale nie, ładny ale nie, ja też tak, ale nie. - Prosta sprawa, najjaśniejsza pod słońcem, znaczy księżycem, nie słońcem.
Zrobiła krok w przód, bo powiedział, że ma się znaleźć bliżej i nie wiedziała, czemu miałaby tego nie robić. Skrzywiła się trochę, kiedy założył jej na głowę tę czapkę, nie spodziewała się tego zupełnie, poruszyła odruchowo głową to w lewą, to w prawą stronę, by poruszyć rogami. Musiała wyglądać głupio, ale fajnie, czy głupio i fajnie może być razem?
Przyciągnął ją do siebie, dzięki czemu nie chwiała się już w miejscu, nie bujała się to w przód to w tył, oparła się o niego całkiem wygodnie, był taki stabilny i ciepły, to było miłe uczucie znaleźć się znowu tuż obok Aloysiusa, naprawdę niesamowite.
- Tamtego też wesołego, pomyśl życzenie Wish, bo właśnie spadła gwiazda. - Może spadła, może nie, nie miała pewności, bo świat rozmazywał jej się dość mocno, a jednak chciała, żeby pomyślał to życzenie i żeby się spełniło, ona również pomyślała, uśmiechnęła się przy tym szeroko, sama do siebie, po czym uniosła znowu głowę, aby na niego spojrzeć, śnieg nie przestawał prószyć, stali tutaj zupełnie bez celu, a jednak nie wydawało jej się, aby gdzieś w tej chwili mogło być jej lepiej.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control