21.12.2025, 15:02 ✶
Przy pytaniu czy była odważna, czy głupia, prawdopodobnie właściwa odpowiedź brzmiałaby: dlaczego nie oba? Poza tym słabo orientowała się w realiach, bo nawet jeśli wyjaśniono jej podstawy, wepchnięto „odpowiednie” ubrania i kazano bezwzględnie trzymać się opiekunów, to nie żyjąc w tej okolicy, nie pojmowała, jak to tak naprawdę wygląda. Zwłaszcza w niemagicznej części Rosji (do której zakazano się jej zbliżać, bo jako Angielkę prawdopodobnie błyskawicznie by ją aresztowano jako szpiega albo coś równie absurdalnego).
– Och, ten jeździec i tak by mi go pewnie nie oddał. Ale zapamiętam – obiecała, postanawiając zapytać potem kogoś, czy faktycznie w magicznej Rosji zabijają za kradzieże. Jeśli tak, to nic dziwnego, że dziadek był przeciwny robieniu interesów z Rosjanami i chyba wspomniał nawet coś o dzikim kraju. – Nie byłam z rodzicami. Tylko z córką naszych gospodarzy i z jej… eee… nianią? Boną? Przyzwoitką?
Nie była pewna, bo dziewczyna miała około osiemnaście lat, jeśli dobrze się zrozumiały (a rozmawiały mieszaniną angielskiego, rosyjskiego i gestów, bo wprawdzie panienka znała angielski, ale nie na tyle, by posługiwać się nim biegle), i chyba była za duża na nianię, ale tutaj miewali dziwne obyczaje.
– W każdym razie komuś uciekł smooczognik i coś podpalił, i chyba ktoś tego kogoś aresztował, nie wiem czy za podpalenie, czy za samo posiadanie smoczoognika, nie wiem, czy je tu hodujecie, ktoś popchnął tę nianię, a potem wszyscy się przepychali i próbowali odejść na boki, ktoś coś bardzo krzyczał, ale nie mam pojęcia, co, więc… nagle byłam sama – wyjaśniła. Poprawiła szatę przy okazji, żeby zakryć poobijane kolano i ruszyła w ślad za Alexandrem bez większego wahania, bo chociaż jej instynkt samozachowawczy rzadko działał, jak trzeba, to nawet ona wyczuwała, że tutejsza atmosfera jest zupełnie inna niż ta panująca na Pokątnej. Może była to sprawa kultury, a może tej przedziwnej mieszanki właśnie, gdy z jednej strony mieli tę całą radzicką Rosję, z drugiej ogromnie wpływowe rody czystej krwi, pewnie niechętne do uznawania jakichś tam równościowych haseł. Nie wiedziała: za mało znała obyczajowość i historię tej części Europy, a już zwłaszcza tę mugolską, nie miała też pojęcia, jak trudno było w ogóle załatwić jakiekolwiek kontakty ze składnikami z tych obszarów. Drugą wojnę znała głównie z opowieści o bombardowaniach Londynu oraz historiach o Grindelwaldzie, którego pewnie tutaj niektórzy popierali...
Ale była jeszcze za młoda i trochę za głupia, aby groźba ciemnych typków zadziałała tak jak powinna.
– Jestem pewna, że nie spuszczą mnie już z oka do końca wycieczki, więc ciemne typki nie będą miały szans – westchnęła, skręcając za Alexandrem w uliczkę. Dłoń wsunęła do kieszeni, ku różdżce, raczej odruchowo niż bo naprawdę spodziewała się jakichś typków, ale…
Ledwo po kilkunastu krokach przyspieszyła nieco, by się z nim zrównać. Mimo wszystko była córką gliny. Sama chciała być gliną. Bywała beztroska, ale też naprawdę zwracała uwagę na otoczenie.
– Ci trzej za nami idą od placu, czy mi się wydaje? – spytała, już poważniej, ale wciąż bardzo spokojnie. Może usłyszeli, że gadają po angielsku i się im to nie spodobało. Albo uznali ich za łatwy cel. Albo tylko się jej wydawało.
– Och, ten jeździec i tak by mi go pewnie nie oddał. Ale zapamiętam – obiecała, postanawiając zapytać potem kogoś, czy faktycznie w magicznej Rosji zabijają za kradzieże. Jeśli tak, to nic dziwnego, że dziadek był przeciwny robieniu interesów z Rosjanami i chyba wspomniał nawet coś o dzikim kraju. – Nie byłam z rodzicami. Tylko z córką naszych gospodarzy i z jej… eee… nianią? Boną? Przyzwoitką?
Nie była pewna, bo dziewczyna miała około osiemnaście lat, jeśli dobrze się zrozumiały (a rozmawiały mieszaniną angielskiego, rosyjskiego i gestów, bo wprawdzie panienka znała angielski, ale nie na tyle, by posługiwać się nim biegle), i chyba była za duża na nianię, ale tutaj miewali dziwne obyczaje.
– W każdym razie komuś uciekł smooczognik i coś podpalił, i chyba ktoś tego kogoś aresztował, nie wiem czy za podpalenie, czy za samo posiadanie smoczoognika, nie wiem, czy je tu hodujecie, ktoś popchnął tę nianię, a potem wszyscy się przepychali i próbowali odejść na boki, ktoś coś bardzo krzyczał, ale nie mam pojęcia, co, więc… nagle byłam sama – wyjaśniła. Poprawiła szatę przy okazji, żeby zakryć poobijane kolano i ruszyła w ślad za Alexandrem bez większego wahania, bo chociaż jej instynkt samozachowawczy rzadko działał, jak trzeba, to nawet ona wyczuwała, że tutejsza atmosfera jest zupełnie inna niż ta panująca na Pokątnej. Może była to sprawa kultury, a może tej przedziwnej mieszanki właśnie, gdy z jednej strony mieli tę całą radzicką Rosję, z drugiej ogromnie wpływowe rody czystej krwi, pewnie niechętne do uznawania jakichś tam równościowych haseł. Nie wiedziała: za mało znała obyczajowość i historię tej części Europy, a już zwłaszcza tę mugolską, nie miała też pojęcia, jak trudno było w ogóle załatwić jakiekolwiek kontakty ze składnikami z tych obszarów. Drugą wojnę znała głównie z opowieści o bombardowaniach Londynu oraz historiach o Grindelwaldzie, którego pewnie tutaj niektórzy popierali...
Ale była jeszcze za młoda i trochę za głupia, aby groźba ciemnych typków zadziałała tak jak powinna.
– Jestem pewna, że nie spuszczą mnie już z oka do końca wycieczki, więc ciemne typki nie będą miały szans – westchnęła, skręcając za Alexandrem w uliczkę. Dłoń wsunęła do kieszeni, ku różdżce, raczej odruchowo niż bo naprawdę spodziewała się jakichś typków, ale…
Ledwo po kilkunastu krokach przyspieszyła nieco, by się z nim zrównać. Mimo wszystko była córką gliny. Sama chciała być gliną. Bywała beztroska, ale też naprawdę zwracała uwagę na otoczenie.
– Ci trzej za nami idą od placu, czy mi się wydaje? – spytała, już poważniej, ale wciąż bardzo spokojnie. Może usłyszeli, że gadają po angielsku i się im to nie spodobało. Albo uznali ich za łatwy cel. Albo tylko się jej wydawało.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.