03.03.2023, 22:31 ✶
Nie ciągnął już dalej rozmowy o jej rodzinie, nie chcąc się narazić. Sam zresztą pewnie by się obraził, gdyby nazwała idiotą któregoś z jego braci, nawet jeśli w istocie nie byli zbyt mądrzy. No ale naprawdę musiał przyznać, że ktoś, kto zmusił się do małżeństwa z powodu wypicia magicznej herbaty nie należał do najinteligentniejszych osób.
- Na wykopaliskach może i byłe pustynie, ale mam wrażenie, że przebywaliśmy w zupełnie innym Kairze – zauważył, unosząc brew w akcie zdziwienia. Nell lubiła wyolbrzymiać, on zresztą też, ale biorąc pod uwagę, że ze swojego własnego mieszkania widział Nil, nie mógł ich otaczać wyłącznie piasek. – Za to w Londynie wszędzie wokół są tylko budynki. Gdzie się nie obrócisz, tam coś stoi!
I tu miał rację, biorąc pod uwagę, że znajdowali się w dość wąskich uliczkach, ukrytych gdzieś pośrodku Londynu. Nie zapuszczał się za bardzo do tej mugolskiej części i nawet jeśli wiedział o istnieniu rzeki czy dość sporych parków, on dostrzegał tylko wieżowce. W dodatku budowali coraz to nowsze i coraz wyższe.
- Nie dotknąłbym go, gdybym wiedział, że nie zdjęła z niego klątwy – odparł z wyrzutem w głosie, znów aż nadto unosząc ton, nad czym nie zawsze panował. W Egipcie wszyscy byli wyjątkowo głośni, więc i on wciąż się w ten sposób zachowywał, nieprzywykły do stonowanych w swoim zachowaniu Brytyjczyków. Chociaż i oni potrafili narobić rumoru, gdy zbyt wiele popili, a biorąc pod uwagę, że Jamil przez dłuższy czas pomieszkiwał w Dziurawym Kotle, miał z takimi do czynienia dość często. – Ale możesz mieć rację, że to z tego powodu ciągle coś mi się dzieje – dodał z przestrachem, wspominając chociażby przeklęte skorpiony, których – o dziwo – jeszcze mu dzisiaj nie wypomniała. W dodatku gdyby prowadziła jakiś zeszyt z zapiskami medycznymi, Jamil pewnie miałby u niej specjalny tom opatrzony swoim własnym nazwiskiem. Nie żeby czasem celowo sobie czegoś nie robił, byleby przyjść pogadać z Nell… Nie musiała tego jednak wiedzieć.
Nie roztrząsał tego dalej, bo musieli ruszyć w pościg za złodziejaszkiem, który postanowił przywłaszczyć sobie sakiewkę Egipcjanina. O ile własne pieniądze jeszcze by jakoś przebolał, tak kamień należący do Shafiqa sprawiał, że chyba wolałby dostać pałką w łeb od tegoż kryminalisty, niż iść do Cathala i przyznać mu się, że stracił jego własność.
Zapuścili się w uliczkę mniej przyjazną oku, a przede wszystkim turystom z obcych krajów. Szarość, smród i upodlenie – właśnie w ten sposób mógłby ją opisać, gdyby miał okazję w ogóle się jej przyjrzeć. Zawiesił jednak wzrok na zakapturzonym chłopaku, który starał się za wszelką cenę zniknąć im z oczu, ale bezskutecznie.
- Nie wiem, może masz bardziej sokoli wzrok – rzucił, nie odwracając się w jej kierunku, by nie zgubić kieszonkowa. Nie miał jednak szans, by go dognać. Był po prostu o wiele szybszy, a Jamil z każdym kolejnym metrem coraz bardziej tracił zapał i siły. I pewnie w końcu nawet by odpuścił, poddając się i postanawiając stanąć oko w oko z śmiercią Cathalem. Bagshot sięgnęła jednak po różdżkę, przewracając przeciwnika, a Jamil wykorzystał ten moment, znajdując się tuż przed nim. Złapał go za fraki i odwrócił twarzą do siebie, wciąż przyszpilając go do ziemi.
- Oddawaj moją sakiewkę, kalbi – warknął, zaciskając pięści na jego pelerynie i licząc na to, że tym razem mu się nie wywinie. Spojrzenie kieszonkowca niezbyt mu się jednak podobało. Uśmiechał się do niego, jakby coś kombinował. A może po prostu był zwyczajnie nienormalny?
- Na wykopaliskach może i byłe pustynie, ale mam wrażenie, że przebywaliśmy w zupełnie innym Kairze – zauważył, unosząc brew w akcie zdziwienia. Nell lubiła wyolbrzymiać, on zresztą też, ale biorąc pod uwagę, że ze swojego własnego mieszkania widział Nil, nie mógł ich otaczać wyłącznie piasek. – Za to w Londynie wszędzie wokół są tylko budynki. Gdzie się nie obrócisz, tam coś stoi!
I tu miał rację, biorąc pod uwagę, że znajdowali się w dość wąskich uliczkach, ukrytych gdzieś pośrodku Londynu. Nie zapuszczał się za bardzo do tej mugolskiej części i nawet jeśli wiedział o istnieniu rzeki czy dość sporych parków, on dostrzegał tylko wieżowce. W dodatku budowali coraz to nowsze i coraz wyższe.
- Nie dotknąłbym go, gdybym wiedział, że nie zdjęła z niego klątwy – odparł z wyrzutem w głosie, znów aż nadto unosząc ton, nad czym nie zawsze panował. W Egipcie wszyscy byli wyjątkowo głośni, więc i on wciąż się w ten sposób zachowywał, nieprzywykły do stonowanych w swoim zachowaniu Brytyjczyków. Chociaż i oni potrafili narobić rumoru, gdy zbyt wiele popili, a biorąc pod uwagę, że Jamil przez dłuższy czas pomieszkiwał w Dziurawym Kotle, miał z takimi do czynienia dość często. – Ale możesz mieć rację, że to z tego powodu ciągle coś mi się dzieje – dodał z przestrachem, wspominając chociażby przeklęte skorpiony, których – o dziwo – jeszcze mu dzisiaj nie wypomniała. W dodatku gdyby prowadziła jakiś zeszyt z zapiskami medycznymi, Jamil pewnie miałby u niej specjalny tom opatrzony swoim własnym nazwiskiem. Nie żeby czasem celowo sobie czegoś nie robił, byleby przyjść pogadać z Nell… Nie musiała tego jednak wiedzieć.
Nie roztrząsał tego dalej, bo musieli ruszyć w pościg za złodziejaszkiem, który postanowił przywłaszczyć sobie sakiewkę Egipcjanina. O ile własne pieniądze jeszcze by jakoś przebolał, tak kamień należący do Shafiqa sprawiał, że chyba wolałby dostać pałką w łeb od tegoż kryminalisty, niż iść do Cathala i przyznać mu się, że stracił jego własność.
Zapuścili się w uliczkę mniej przyjazną oku, a przede wszystkim turystom z obcych krajów. Szarość, smród i upodlenie – właśnie w ten sposób mógłby ją opisać, gdyby miał okazję w ogóle się jej przyjrzeć. Zawiesił jednak wzrok na zakapturzonym chłopaku, który starał się za wszelką cenę zniknąć im z oczu, ale bezskutecznie.
- Nie wiem, może masz bardziej sokoli wzrok – rzucił, nie odwracając się w jej kierunku, by nie zgubić kieszonkowa. Nie miał jednak szans, by go dognać. Był po prostu o wiele szybszy, a Jamil z każdym kolejnym metrem coraz bardziej tracił zapał i siły. I pewnie w końcu nawet by odpuścił, poddając się i postanawiając stanąć oko w oko z śmiercią Cathalem. Bagshot sięgnęła jednak po różdżkę, przewracając przeciwnika, a Jamil wykorzystał ten moment, znajdując się tuż przed nim. Złapał go za fraki i odwrócił twarzą do siebie, wciąż przyszpilając go do ziemi.
- Oddawaj moją sakiewkę, kalbi – warknął, zaciskając pięści na jego pelerynie i licząc na to, że tym razem mu się nie wywinie. Spojrzenie kieszonkowca niezbyt mu się jednak podobało. Uśmiechał się do niego, jakby coś kombinował. A może po prostu był zwyczajnie nienormalny?