Nie był pewien, na ile jego słowa były w ogóle zrozumiałe, kiedy przez chwilę postał z Victorią przy stole, gdy już od niego wstał. Nie był pewien, czy w ogóle cokolwiek sensownego do niej powiedział. Czy było tam coś wartościowego? Cokolwiek? Czy może tylko przytakiwał? Uśmiechaj się, przytakuj, ale wiedz, że czasem trzeba powiedzieć "nie" - tak by o gościnie powiedział jego ojciec. Albo nie..? Może wszystko mu się już pomieszało? Nie był tutaj nawet gospodarzem. Był... po prostu gościem. Był jedną z wielu osób, która przyszła tutaj pożegnać jedną z najwspanialszych osób, jaką znał. Jedną z najlepszych osób, które zamieszkiwały Londyn, a może i nawet całą Anglię. Niektórzy się bali Florence, niektórzy się krzywili na jej widok, niektórym zalazła za skórę. Może i Florence nie była dobroduszną samarytanką, co cierpieć chciała za miliony, ale miała po prostu dobre serce. Nie odmawiała pomocy - po prostu nie dawała ryby, uczyła, jak korzystać z wędki. Nie wszystkim odpowiadało takie traktowanie. Ludzie lubili chodzić na skróty.
Chyba gdzieś w tym wszystkim, pod tą lawiną myśli, znalazł się znów przy stole. Osłupiały, osowiały, ale ciągle z przyklejonym uśmiechem na twarz, jakby mięśnie mu tak zdrętwiały, że nie mógł przyjąć innej mimiki. Pokiwał do Victorii głową, że tak, będzie tutaj siedział, że wszystko jest w porządku. Jak mogło być? Nic nie było w porządku. Lestrange to rozumiała doskonale. Przeżyła niejedną śmierć. Nawet osoby, które nie były jej nadmiernie bliskie, były nadal czarodziejami, których nagrobki odwiedziła. Pamiętał, jak bardzo uderzyła ją śmierć jej towarzysza pracy. Pamiętał... i nie pamiętał wielu rzeczy. Wspomnienia stały się rozbitym lustrem, przy którym teraz siedział i próbował je poukładać w całość. Czy to wszystko w ogóle do siebie pasowało? Czy było tylko układanką dziecka? Wrzuć gwiazdkę do odpowiedniego miejsca, a kółeczko do drugiego.
Fakt był też taki, że Laurent miał zupełnie oderwane wyobrażenie o Florence. Dla innych potrafiła być ostra, ale dla Laurenta... chyba dla niego miała całe pokłady ciepła i wyrozumiałości, jakich niektórzy nie oglądali. Była dla niego... była jego kuzynką, a jednocześnie była mu jak starsza siostra i... matka zarazem. Ta, której uparcie szukał, a starał się zabiegać o względy macochy, która zjawiła się u boku Edwarda na tej imprezie. Laurent nawet wstał, kiedy zauważył Edwarda i Aydaye. Znów - jak na autopilocie uśmiechnął się szerzej, wyszedł do nich, chyba porozmawiał, chyba coś z siebie wydusił... nie pamiętał momentu, kiedy znowu siedział przy tym samym stole.
Myśli nie były uporządkowane, myśli były chaosem. Znów jego wzrok zatrzymał się na Atreusie, ale zaraz ponownie bez żadnego życia w lazurze tęczówek spoglądał na kwiaty na stole. Chciał podejść do Atreusa, a zarazem nie chciał się do niego zbliżać. Nie chciał otaczać go aurom, która pewnie wcale nie była żywa i pełna kolorów, jak jeszcze na początku tego roku. Właśnie - roku. To tylko jeden ciężki rok. Jedno ciężkie wydarzenie... wiele ciężkich wydarzeń. Tylko.