22.12.2025, 00:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.12.2025, 01:00 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine ostrożnie ułamała kawałek wciąż jeszcze stygnącego na blasze pierniczka, chcąc sprawdzić fakturę ciasta. Nie było przesadnie wypieczone, tylko takie w sam raz, kruche, ale zarazem puszyste w środku. Nieufnie obejrzała pierniczek z każdej strony, najbardziej krytycznie oceniając jego grubość. Może następną partię rozwałkuje nieco cieniej? Nie pokładała wielkiej wiary w swoje umiejętności kulinarne, więc z niepokojem czekała na recenzję Baldwina, obserwując, jak bierze malutkiego gryza. Z jego strony przynajmniej mogła liczyć na szczerość. Maeve była zdecydowanie mniej wybredna. Tym bardziej zdziwiła ją pochwała z ust brata. Na początku sądziła, że zwyczajnie chce być dla niej miły, zwłaszcza, że jeszcze przed chwilą znajdowała się na dnie rozpaczy. Wciąż jeszcze zdarzyło jej się lekko pociągnąć nosem, Lorraine przejmowała się bowiem zmarnowanym składnikami, które można było przecież jakoś wykorzystać. A jednak głaskanie po głowie i wyrozumiałe uspokajnie pomagało na smutki.
Niepewnie uszczknęła zębami kawałek pierniczka, który jeszcze nie został upaćkany lukrem ani cukrem pudrem. Wystarczył mały kęs, aby na języku poczuła słodycz wrzosowego miodu i smak przypraw korzennych. Szerzej otworzyła oczy, sama bowiem była zaskoczona, że ciasteczka są nie tyle zjadliwe, co po prostu... Dobre. Przez chwilę delektowała się smakiem, ale nie skosztowała więcej nad ten drobny kąsek. Resztę pierniczka podała zaabsorbowanej mieszaniem różnych kolorów lukru Fridzie, samej zakasując rękawy do dalszej roboty.
– Na pewno wyszły lepsze niż z przepisu babeczki Barbrey – stwierdziła skromnie. Wypogodziła się jednak, a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Widać było, że płakała, ale oczy jej lśniły już wesołością, a nie łzami. – Na tę babę to powinno się napisać porządnego paszkwila, a nie skargę – dodała, ulegając podszeptom wrodzonej złośliwości.
Zaśmiała się jednak, gdy Baldwin zamachał nad główką Fridy gałązką jemioły. Akurat odwróciła się, żeby odłożyć na blat deskę z pierniczkami wyciętymi za pomocą świątecznych foremek. Mieli już dzwoneczki, czarodziejskie kapelusze, choinki, renifery ciągnące sanie z prezentami... A także bombki, które Frida z wielkim zapałem przemieniała w biedronki. Chyba nigdy nie zużyli tyle czerwonego barwnika spożywczego! Sama Frida wyglądała jak biedronka, w swoim fartuszku poplamionym czarnym i czerwonym lukrem. Lorraine zdążyła czule zetrzeć mąkę z policzka dziewczynki, zanim i nad jej głową znalazła się ususzona gałązka jemioły. Uśmiechnęła się jak kot, który pręży kark pod przyjemną pieszczotą, gdy Baldwin przyciągnął ją bliżej. Zachichotała, gdy pocałował ją w nos, bo nieco załaskotał ją jego zarost. Zdążyła się już przyzwyczaić do brata w tym wydaniu, zwłaszcza, że przeżywał ostatnio straszliwie, że musiał się ogolić na Mabon.
– Drapiesz – stwierdziła żartobliwie, bardzo uważnie przygładzając bratu wąsa, zanim odwzajemniła pocałunek. Nie powiedziała mu, że wciąż ubrudzony jest mąką... Ale skinęła wymownie głową w stronę niewielkiego lusterka, które wisiało w kącie kuchni. Z tymi wąsami uprószonymi mąką wyglądał trochę jak ich zmarły przed laty dziadek. – Ale przynajmniej wyglądasz na starszego – zażartowała Lorraine, przybierając bardziej filuterny, flirciarski wręcz ton. Bo przecież lubiła starszych... Na jej twarzy pojawił się wyraz rozmarzenia, chociaż efekt nieco psuło to, że cały czas tłumiła chichot. Chociaż żartowała z siebie, nie z Baldwina, wycałowała go, żeby się przypadkiem nie obraził. Czy może być bowiem coś lepszego od bycia wilą i zasypywania całusami tych, których się kocha? Wycałowała też i Fridę, zaklejając się całkiem kolorowym lukrem. Oblizała się, pokazując córeczce, żeby zrobiła to samo, a gdy mała zajęta była z Baldwinem przy lusterku, bo nie mogła przecież językiem dosięgnąć noska, Lorraine wpakowała kolejną partię pierniczków do piecyka.
– Znalazłeś coś ciekawego w przepiśniku Maddie? – zapytała Baldwina. – Myślę sobie, że mogłabym częściej coś porobić w kuchni... Gotowanie jest całkiem przyjemne. Zwłaszcza, gdy ma się do pomocy takiego zręcznego kuchcika. – Lorraine pochwaliła Fridę, której pomogła przed chwilą wykrawać z ciasta kolejnego pierniczka. Foremka renifera miała nieco więcej detali niż foremka bombki... To znaczy, biedronki, trzeba więc było być bardzo delikatnym. – Tylko może coś nieco zdrowszego niż pierniczki?
Niepewnie uszczknęła zębami kawałek pierniczka, który jeszcze nie został upaćkany lukrem ani cukrem pudrem. Wystarczył mały kęs, aby na języku poczuła słodycz wrzosowego miodu i smak przypraw korzennych. Szerzej otworzyła oczy, sama bowiem była zaskoczona, że ciasteczka są nie tyle zjadliwe, co po prostu... Dobre. Przez chwilę delektowała się smakiem, ale nie skosztowała więcej nad ten drobny kąsek. Resztę pierniczka podała zaabsorbowanej mieszaniem różnych kolorów lukru Fridzie, samej zakasując rękawy do dalszej roboty.
– Na pewno wyszły lepsze niż z przepisu babeczki Barbrey – stwierdziła skromnie. Wypogodziła się jednak, a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Widać było, że płakała, ale oczy jej lśniły już wesołością, a nie łzami. – Na tę babę to powinno się napisać porządnego paszkwila, a nie skargę – dodała, ulegając podszeptom wrodzonej złośliwości.
Zaśmiała się jednak, gdy Baldwin zamachał nad główką Fridy gałązką jemioły. Akurat odwróciła się, żeby odłożyć na blat deskę z pierniczkami wyciętymi za pomocą świątecznych foremek. Mieli już dzwoneczki, czarodziejskie kapelusze, choinki, renifery ciągnące sanie z prezentami... A także bombki, które Frida z wielkim zapałem przemieniała w biedronki. Chyba nigdy nie zużyli tyle czerwonego barwnika spożywczego! Sama Frida wyglądała jak biedronka, w swoim fartuszku poplamionym czarnym i czerwonym lukrem. Lorraine zdążyła czule zetrzeć mąkę z policzka dziewczynki, zanim i nad jej głową znalazła się ususzona gałązka jemioły. Uśmiechnęła się jak kot, który pręży kark pod przyjemną pieszczotą, gdy Baldwin przyciągnął ją bliżej. Zachichotała, gdy pocałował ją w nos, bo nieco załaskotał ją jego zarost. Zdążyła się już przyzwyczaić do brata w tym wydaniu, zwłaszcza, że przeżywał ostatnio straszliwie, że musiał się ogolić na Mabon.
– Drapiesz – stwierdziła żartobliwie, bardzo uważnie przygładzając bratu wąsa, zanim odwzajemniła pocałunek. Nie powiedziała mu, że wciąż ubrudzony jest mąką... Ale skinęła wymownie głową w stronę niewielkiego lusterka, które wisiało w kącie kuchni. Z tymi wąsami uprószonymi mąką wyglądał trochę jak ich zmarły przed laty dziadek. – Ale przynajmniej wyglądasz na starszego – zażartowała Lorraine, przybierając bardziej filuterny, flirciarski wręcz ton. Bo przecież lubiła starszych... Na jej twarzy pojawił się wyraz rozmarzenia, chociaż efekt nieco psuło to, że cały czas tłumiła chichot. Chociaż żartowała z siebie, nie z Baldwina, wycałowała go, żeby się przypadkiem nie obraził. Czy może być bowiem coś lepszego od bycia wilą i zasypywania całusami tych, których się kocha? Wycałowała też i Fridę, zaklejając się całkiem kolorowym lukrem. Oblizała się, pokazując córeczce, żeby zrobiła to samo, a gdy mała zajęta była z Baldwinem przy lusterku, bo nie mogła przecież językiem dosięgnąć noska, Lorraine wpakowała kolejną partię pierniczków do piecyka.
– Znalazłeś coś ciekawego w przepiśniku Maddie? – zapytała Baldwina. – Myślę sobie, że mogłabym częściej coś porobić w kuchni... Gotowanie jest całkiem przyjemne. Zwłaszcza, gdy ma się do pomocy takiego zręcznego kuchcika. – Lorraine pochwaliła Fridę, której pomogła przed chwilą wykrawać z ciasta kolejnego pierniczka. Foremka renifera miała nieco więcej detali niż foremka bombki... To znaczy, biedronki, trzeba więc było być bardzo delikatnym. – Tylko może coś nieco zdrowszego niż pierniczki?