Był środek nocy, właściwie noc powoli miała odchodzić w zapomnienie, aby dzień mógł się rozgościć. Najlepsza pora na to, aby pojawiły się potwory, godzina duchów, jak zwał tak zwał. Na szczęście oni się ich nie bali, byli tymi którzy gotowi byli stanąć z nimi twarzą w twarz i pokazać do kogo należał ten świat.
Aura sprzyjała temu, aby się bać, korony drzew poruszały się w rytm, który nadawał im wiatr, miała wrażenie, że wilgoć ich otulała, lato już dawno odeszło w zapomnienie, nie pozostawiło po sobie żadnego śladu, jesień na dobre się już przypałętała.
Data... cóż, piątki trzynastego wzbudzały pewne kontrowersje, na szczęście Geraldine nigdy nie należała do szczególnie przesądnych osób, nie przejmowała się tym więc jakoś za bardzo, chociaż wszystko wokół nich świadczyło o tym, że jeśli coś miało się im przydarzyć to właśnie tej nocy, właśnie w tym miejscu, warunki były do tego naprawdę odpowiednie, jak wyciągnięte z jednej z najstraszniejszych historii, które opowiadały sobie dzieciaki w Hogwarcie, by wzbudzić strach.
Las był coraz gęstszy, a więc i dźwięki, które dochodziły do ich uszu stawały się nieco bardziej przytłumione, mimo wszystko nasłuchiwała, wiedziała, że to miejsce potrafi bawić się ludźmi, ich umysłami, a nie mogli sobie pozwolić na takie figle w tej chwili.
Włączyła ten tryb, który zawsze towarzyszył jej podczas zlecenia, była czujna, uważna, napięta, niczym cięciwa gotowa do strzału. Musiała mieć pewność, że nic jej nie zaskoczy, podchodziła bardzo poważnie do pracy w terenie, szczególnie, że nie znajdowała się w tym lesie sama, Benjy kroczył obok niej, szli równym tempem, gotowi do tego, aby znaleźć bestię. Zlecenie przyszło późno, przygotowali się do niego raczej średnio, ale czasem nie było czasu na to, aby obmyślać cały plan, wiedzieli z czym mają mieć do czynienia, jak z tym walczyć - to było najbardziej istotne. Nie wątpiła w to, że sobie poradzą, jedyny minus tej całej sytuacji to to, że znajdowali się w tym lesie, wiedziała, że nie jest to łatwe miejsce do pracy.
W lewej dłoni trzymała różdżkę, gotowa zareagować, jeśli przyjdzie taka potrzeba, była również obwieszona niczym choinka innymi przydatnymi narzędziami, tymi, po które sięgała dużo chętniej od magii, tak jak nauczył ją ojciec, wszystko zależało od tego, jak dojdzie do ich spotkania z problemem. Geraldine przez lata nauczyła się łączyć wszystkie swoje umiejętności na polu walki, nie obawiała się więc zupełnie spotkania z potworem, nigdy się ich nie bała, ktoś musiał z nimi walczyć, aby inni mogli spać spokojnie. Jej sprawiało to przyjemność, czuła w żyłach pulsującą adrenalinę, nie mogła doczekać się starcia.
Starała się poruszać, jak najciszej potrafiła, to było ich przewagą, widziała, że Benjy robi to samo, póki co współpraca nie przebiegała im najgorzej, naprawdę okazał się być idealnym kompanem, dobrze to wyczuła, to był niezły początek na ich dalszą wspólną karierę, chciała zobaczyć go w akcji, bo była ciekawa jak bardzo podobne były ich metody, w końcu posiadał szereg zupełnie innych umiejętności od niej, co też było plusem, mogła się od niego wiele nauczyć.
Póki co żaden dźwięk nie zwrócił jej uwagi, księżyć świecił wysoko, jego światło rozpraszało się jednak zanim do nich docierało, korony drzew tworzyły gęstą kopułę, przez którą trudno było się mu przebić. Nie przeszkadzała jej jednak ciemność, oczy się do niej dosyć szybko dostosowywały.