22.12.2025, 22:15 ✶
Przez ułamek sekundy była bliska wystrzelenia, że ona to w sumie takich rzeczy za bardzo nie czytuje, więc nie ma pojęcia, jak się kończy i chętnie się dowie, ale ugryzła się w język, być może głównie dlatego, że śnieg wpadający za kołnierz trochę go wkurzył. Albo doszła do wniosku, że Atreus może w końcu uznać, że jednak chce ją nie całować, a udusić: niekiedy ciągle oscylowali na tym spektrum. Nie zapytała też "o, a gdzie" o tę kurwę, choć była bliska w odruchu, bo przywykła do tego typu odpowiedzi, gdy Vincent wyrzucał z siebie kurwy niby przecinki.
- Postaram się jakoś opanować moje bezbożne zapędy – obiecała tylko, strzepując sobie jeszcze mokry śnieg z włosów, choć i tak uśmiechnęła się mimowolnie, nawet jeżeli jego żart był trochę wymuszony. Sama śniegiem mało się przejęła, chociaż byłaby dużo szczęśliwsza, gdyby odpowiednie papiery po prostu przyleciały im do rąk, jak Merlin przykazał, a nie kazały się w szukać w tym bałaganie. To było okropne marnotrastwo czasu, na które normalnie może by nie narzekała, ale... od Spalonej minął zaledwie miesiąc. - Taaak, chyba wolę nie ryzykować, że zaraz zasypie i akta - przyznała, rzucając kolejne, podejrzliwe spojrzenie na najwyraźniej podstępną jemiołę. A potem zabrała się do zaglądania po kolei do teczek pod literą B, potem F, a wreszcie zaglądając do nich losowo, w nadziei na to, że dopisze jej szczęście.
- Wiedziałeś, że w 1946 ktoś wypuścił na Pokątnej zmutowane, krwiożercze króliczki? – spytała, odkładając teczkę, która wydała się jej obiecująca, bo w nagłówkach dostrzegła coś o masakrze... Ale okazało się, że była to królicza masakra. - Czekaj, chyba mam... Chelsea...
– KTÓRA GODZINA?!
Brenna aż upuściła akta, gwałtownym ruchem unosząc różdżkę, ale człowiekiem, który wychynął na nich zza najbliższego regału był po prostu bardzo rozczochrany Paddy Finnigan, w trochę zmiętoszonych ubraniach i z obłędem w oczach.
– Chyba koło dziesiątej? – powiedziała Brenna ostrożnie, na wszelki wypadek nie opuszczając póki co różdżki, bo Paddy wyglądał… odrobinę szaleńczo. Jakby czymś bardzo się zdenerwował, oberwał konfundusem, wypił za dużo whiskey czy zażył sporą dawkę jakiegoś dziwnego eliksiru.
- Postaram się jakoś opanować moje bezbożne zapędy – obiecała tylko, strzepując sobie jeszcze mokry śnieg z włosów, choć i tak uśmiechnęła się mimowolnie, nawet jeżeli jego żart był trochę wymuszony. Sama śniegiem mało się przejęła, chociaż byłaby dużo szczęśliwsza, gdyby odpowiednie papiery po prostu przyleciały im do rąk, jak Merlin przykazał, a nie kazały się w szukać w tym bałaganie. To było okropne marnotrastwo czasu, na które normalnie może by nie narzekała, ale... od Spalonej minął zaledwie miesiąc. - Taaak, chyba wolę nie ryzykować, że zaraz zasypie i akta - przyznała, rzucając kolejne, podejrzliwe spojrzenie na najwyraźniej podstępną jemiołę. A potem zabrała się do zaglądania po kolei do teczek pod literą B, potem F, a wreszcie zaglądając do nich losowo, w nadziei na to, że dopisze jej szczęście.
- Wiedziałeś, że w 1946 ktoś wypuścił na Pokątnej zmutowane, krwiożercze króliczki? – spytała, odkładając teczkę, która wydała się jej obiecująca, bo w nagłówkach dostrzegła coś o masakrze... Ale okazało się, że była to królicza masakra. - Czekaj, chyba mam... Chelsea...
– KTÓRA GODZINA?!
Brenna aż upuściła akta, gwałtownym ruchem unosząc różdżkę, ale człowiekiem, który wychynął na nich zza najbliższego regału był po prostu bardzo rozczochrany Paddy Finnigan, w trochę zmiętoszonych ubraniach i z obłędem w oczach.
– Chyba koło dziesiątej? – powiedziała Brenna ostrożnie, na wszelki wypadek nie opuszczając póki co różdżki, bo Paddy wyglądał… odrobinę szaleńczo. Jakby czymś bardzo się zdenerwował, oberwał konfundusem, wypił za dużo whiskey czy zażył sporą dawkę jakiegoś dziwnego eliksiru.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.