22.12.2025, 22:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.12.2025, 18:01 przez Brenna Longbottom.)
– To… jak mam nazywać? – spytała Brenna, marszcząc lekko nosek. – „Bardzo niebezpieczna podróż do dzikiego kraju na dalekim wschodzie” może by pasowała lepiej, ale no jest trochę długie, i chyba odrobinę obraźliwe, zwłaszcza że jednak nie macie tu na ulicach niedźwiedzi, a jeden Rosjanin w szkole, znaczy się pół Rosjanin, zapewniał, że są tu na każdym kroku… Wiedziałam, że gada tak, żeby zaimponować Meggie…
Ale zaiste, w sytuacji Rosji orientowała się marnie. Zwłaszcza ten mugolskiej (głównie dosłownie: trzymać się z daleka, nie wchodzić na niemagiczne ulice, mogą próbować cię zastrzelić albo aresztować i tak dalej). O czarodziejskiej jeszcze wiedziała piąte przez dziesiąte to, co jej powiedziano, zanim tutaj trafili
Gdyby Alexander zażyczył sobie, by uciekali, zapewne posłusznie rzuciłaby się do biegu. Ale skoro najwyraźniej uznał, że lepiej zostać, po prostu kiwnęła głową, tym razem już z pewną powagą, która wcześniej nawet na sekundę nie zagościła na jej twarzy. Zakładała, że lepiej się orientował czy zdołają się ewakuować.
– Różdżki nie tykać? – spytała rzeczowo, bo pełnoletnia już była i w teorii mogłaby zaklęć używać. Może za pojedynki w ciemnych uliczkach tutaj też zabijali. Albo tradycja kazała nawalać się na pięści i wyciągnięcie różdżki byłoby złamaniem jakiegoś tabu, ściągającym im na głowę dziesiątki ludzi. Czy zwiększało szansę na w ogóle zwrócenie uwagi. Albo jeszcze co innego, wyjątkowo nie zamierzała dyskutować.
Odwróciła się do grupki Rosjan jednocześnie z Alexandrem, jednocześnie zsuwając swój plecak tak, by pozostał na jednym ramieniu. Nie rozumiała słów, ale ton głosu, mimika i przede wszystkim splunięcie, były mową uniwersalną, a Brenna, choć bywała głupia w niektórych sprawach, to w takich sytuacjach jak ta, całkiem nieźle rozumiała zagrożenie.
Mimo to czekała. Prawie do ostatniej chwili. Uczono ją, by nie była tą, która zaczyna bójki – nauka, której, ehem, nie przyswoiła do końca, ale w takich sytuacjach starała się jednak brać ją sobie do serca – a to było obce dla niej miejsce. Czujna, bo może i nie miała szans rozłożyć na łopatki całej trójki, ale na pewno nie zamierzała stać, krzyczeć ani czekać aż ktoś ją uratuje.
Tyle że gość, który wcześniej splunął Alexandrowi pod nogi, teraz się na niego zamierzył, a drugi ruszył w kierunku Brenny… która gwałtownym gestem złapała za pasek plecaka, wcześniej zsuniętego z ramion, by spróbować walnąć nim osobnika w pysk.
Af
Ale zaiste, w sytuacji Rosji orientowała się marnie. Zwłaszcza ten mugolskiej (głównie dosłownie: trzymać się z daleka, nie wchodzić na niemagiczne ulice, mogą próbować cię zastrzelić albo aresztować i tak dalej). O czarodziejskiej jeszcze wiedziała piąte przez dziesiąte to, co jej powiedziano, zanim tutaj trafili
Gdyby Alexander zażyczył sobie, by uciekali, zapewne posłusznie rzuciłaby się do biegu. Ale skoro najwyraźniej uznał, że lepiej zostać, po prostu kiwnęła głową, tym razem już z pewną powagą, która wcześniej nawet na sekundę nie zagościła na jej twarzy. Zakładała, że lepiej się orientował czy zdołają się ewakuować.
– Różdżki nie tykać? – spytała rzeczowo, bo pełnoletnia już była i w teorii mogłaby zaklęć używać. Może za pojedynki w ciemnych uliczkach tutaj też zabijali. Albo tradycja kazała nawalać się na pięści i wyciągnięcie różdżki byłoby złamaniem jakiegoś tabu, ściągającym im na głowę dziesiątki ludzi. Czy zwiększało szansę na w ogóle zwrócenie uwagi. Albo jeszcze co innego, wyjątkowo nie zamierzała dyskutować.
Odwróciła się do grupki Rosjan jednocześnie z Alexandrem, jednocześnie zsuwając swój plecak tak, by pozostał na jednym ramieniu. Nie rozumiała słów, ale ton głosu, mimika i przede wszystkim splunięcie, były mową uniwersalną, a Brenna, choć bywała głupia w niektórych sprawach, to w takich sytuacjach jak ta, całkiem nieźle rozumiała zagrożenie.
Mimo to czekała. Prawie do ostatniej chwili. Uczono ją, by nie była tą, która zaczyna bójki – nauka, której, ehem, nie przyswoiła do końca, ale w takich sytuacjach starała się jednak brać ją sobie do serca – a to było obce dla niej miejsce. Czujna, bo może i nie miała szans rozłożyć na łopatki całej trójki, ale na pewno nie zamierzała stać, krzyczeć ani czekać aż ktoś ją uratuje.
Tyle że gość, który wcześniej splunął Alexandrowi pod nogi, teraz się na niego zamierzył, a drugi ruszył w kierunku Brenny… która gwałtownym gestem złapała za pasek plecaka, wcześniej zsuniętego z ramion, by spróbować walnąć nim osobnika w pysk.
Af
Rzut PO 1d100 - 36
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.