— Sitko! Sitko Nico, a nie cedzak! Cedzak ma dziury, sitko ma siatkę! O. Część Julien. Tak, możesz pomóc, w spiżarni w koszykach są chleby, też trzeba włożyć je do pieca! — dyrygował. — Wiecie jakie kurwa pierdoły mi się dzisiaj śniły? Wszystko przez to, że pilnowałem zakwasu, bo ktoś coś mówił, że burza będzie i bałem się, że mi się zjebie, a musicie wiedzieć, że ma już siedem lat i strasznie wrażliwy z niego sukinsyn.
Wyjął kaczkę z komory, w której teraz miały wylądować chleby, otworzył pokrywę gęsiarki, w której ją robił i powąchał. Perfekcyjna. Wyjął ją z sosu, który się z niej wytopił, na osobny półmisek i zaczął kroić bardzo cienkie plastry pomarańczy. Zamierzał je skarmelizować i razem z łodyżkami tymianku, ozdobić nimi mięso.
— Śpię sobie więc, zresztą wreszcie, bo w moim mieszkaniu jakieś gówno spać mi nie daje, ale mniejsza. Śpię i co mi się śni. Jebany śnieg. Za dużo myślenia o Yule chyba, bo sypało a sypało. Nagle podnoszę głowę i co? To Tarp, z łbem nadmuchanym jak jakiś gigantyczny balon nade mną, sypie cukrem pudrem po całym Nokturnie. Ale żeby było lepiej, to to nie jest taki zwykły nokturn, tylko wszystko jest zrobione z piernika. I on napierdala tym śniegiem na mnie i na domki, i ten śnieg jest jednocześnie prawdziwym, zimnym śniegiem, a z drugiej strony jest słodki i lepki. I widzę zamiast słońca tę jego mordę błyszczącą. No mówię wam, aż się spociłem. Kocham go lepiej niż własnego starego, ale niech wypierdala z moich snów.
Zaśmiał się wesoło.