Wydawało jej się, że słyszy szepty, że drzewa zaczęły ze sobą rozmawiać. Próbowała tłumaczyć sobie, że to tylko wiatr, nic więcej, starała się w to uwierzyć, chociaż to wcale nie było takie proste. Miała wrażenie, że jedno z drzew poruszyło się, gdy je mijała, ale przecież drzewa nie zachowywały się w ten sposób. Szła więc dalej, pewnie stawiała kroki, mimo tego, że po plecach przeszedł jej zimny dreszcz. To tylko omamy, omamy, omamy, powtarzała sobie w głowie. Miną ten zagajnik i wszystko wróci do normy, niewiele pozostało im drogi do pokonania.
Spojrzała kątem oka na Benjy'ego nadal szedł obok, nadal znajdował się przy niej, nie wydawał się być szczególnie poruszony obecnością w tym miejscu, był skupiony, jak i ona, ale nic go nie rozpraszało, dobrze, właśnie w ten sposób powinni pracować.
Szli dalej, noc była ich towarzyszką, wydawało jej się jednak, że coś przerywało ciszę, nie mogła się pozbyć wrażenia, że drzewa ze sobą rozmawiają, mimo tego, że naprawdę starała się to ignorować. To chyba jednak nie był tylko wiatr, to było coś więcej. Spojrzała na jedno z drzew, które znajdowało się między innymi i wtedy to usłyszała, i zobaczyła. Głos pełen rozpaczy, lamęt, przeszywał ją głęboko, nie mogła przejść wobec tego obojętnie, prosił o śmierć, kim była, aby jej odmówić? Każdy zasługiwał na łaskę.
Zatrzymała się od razu, właściwie to zamarła w miejscu i patrzyła na to drzewo. Mówiło do niej, głos, który do niej docierał wydawał się być znajomy. Wpatrywała się w pień, aż dostrzegła twarz w nim wyrzeźbioną. Dotarło do niej dlaczego głos zdawał się nie być obcy, jak mógł być obcy, gdy i twarz przypominała wuja Eskela. To był bodziec, który spowodował, że przestała tkwić w miejscu.
Nie zastanawiała się, ruszyła w stronę drzewa, musiała to sprawdzić, wuj cierpiał, nikogo więcej tutaj nie było, nikogo kto poza nią go znał, musiała mu pomóc, nie mogła pozwolić na to, żeby tak rozpaczał.
Przystanęła przed drzewem, patrzyła na nie ze smutkiem w oczach, jak to się stało, że skończył w ten sposób, był przecież jednym z najbardziej doświadczonych towarzyszy ojca. - Już, spokojnie, pomogę Ci, nie pozwolę, żebyś cierpiał, ulżę Ci, pomogę Ci, może nie uratuję, ale będzie lepiej. - Nie miała pojęcia, jak skończył w tym miejscu, ale czy to było ważne, nie bardzo, tak czy siak nie zamierzała dopuścić do tego, aby mężczyzna tkwił w tym lesie, w takiej formie, jak właściwie do tego doszło? Nie wiedziała, ten las był przeklęty, być może udało mu się go omamić, spowodować, że wszedł w jakieś magiczne sidła. Niedobrze, będzie musiała powiedzieć o tym tacie, będzie musiała podzielić się z nim tą infromacją.
- Benjy, musimy je ściąć, musimy. - Odwróciła się w końcu do swojego towarzysza, palenie nie wydawało jej się być najlepszym pomysłem, zważając na silny wiatr, być może było wilgotno, ale obawiała się, że ogień mógłby przenieść się dalej wolała nie być prowodyrem kolejnych pożarów.
- Szybko, co tak stoisz, pomożesz mi? - Wydawała się być przekonana, że nie ma innego wyjścia, jak ścięcie tego drzewa, Fenwick mógł dostrzec zmianę w jej zachowaniu, nie była już taka skupiona jak wcześniej, zaczynała się nieco irytować, jakby sytuacja trochę na nią wpływała, no ale przecież nie spodziewała się tego, że znajdzie tu swojego wuja zamienionego w drzewo, tego zupełnie nie planowała.