Jedno drzewo skupiło jej uwagę, jednemu udało się do niej dotrzeć, inne się nie liczyły, tylko to szepczące znanym jej głosem. Szept zamienił się w lament, w rozpacz, w prośbę wobec której nie mogła przejść obojętnie, nie mogła udawać, że tego nie widzi, czy nie słyszy, nie kiedy uderzał dokładnie tam, gdzie powinien. W emocje nad którymi nie potrafiła zapanować. Rodzina była dla niej ważna, najważniejsza od zawsze. Nie mogła pozwolić na to, aby jej wuj tak się męczył, zaklęty w drzewo, błagający o pomoc, musiała mu jej udzielić, gdyby to ją spotkało, to też by tego pragnęła, nie chciałaby żyć, a raczej nie żyć jako drzewo, utknąć w nim na wieki. Śmierć miała być szybka, miała zakończyć to, co nie powinno już trwać, chociaż ona już chyba nadeszła, ale pozostał po niej ślad, pozostał głos, pozostała twarz ta znana w pniu drzewa. Czasem było jej nieco pomóc, wyciągnąć rękę do tych którzy przez los nie mogli dostać się na drugą stronę, nikt nie zasługiwał na to, by tułać się po świecie przez wieczność, a drzewa przecież żyły wiele lat, utknąć martwym w jednym z nich, a może nie do końca martwym. Nie mogła mieć pewności, że umarł, może jeszcze żył, ale co to było za życie? W cierpieniu, rozpaczy? Nie życzyła by go nikomu, w szczególności komuś ze swojej rodziny.
Zbliżyła się więc do niego, szybkim krokiem, bo wuj nie mógł przecież czekać, wystarczająco się naczekał, kto wie ile tu tkwił, nie chciała, aby cierpiał jeszcze dłużej, musiała mu ulżyć, musiała to zakończyć, decyzja była prosta, bardzo prosta, właściwa, nie miała co do tego żadnych wątpliwości.
Przez ten głos mówiący do niej, ten, który rozpaczał i prosił, błagał o litość przebijał się inny, z oddali, też go znała, tak to był Benjy, powiedział jej imię, odwróciła się do niego, przecież prosiła, żeby jej pomógł, dlaczego stał tak daleko, dlaczego jeszcze nie było go obok, mieli współpracować, razem poszłoby im szybciej, razem pozbyliby się tego drzewa bez problemu, sama pewnie też dałaby radę, tylko, że skoro już był niedaleko, to liczyła na to, że ją wesprze, że jej pomoże, że nie zignoruje jej prośby.
Mówił, że ma się zatrzymać, jak miała się zatrzymać, no jak? Kiedy przecież wiedziała, że tylko ona może pomóc wujowi, nikt więcej, nikt, ona jedyna, ona go znalazła w tym lesie, do którego prawie nikt nie zaglądał, który wszyscy omijali z daleka, cała nadzieja w niej, nie mogła odpuścić, nie dzisiaj, nie teraz.
Mówił dalej, wolno, wyraźniej, spokojnie, przebijał się przez lament dochodzący zza jej pleców. Tylko jak? Rozum mówił swoje, a serce swoje. Benjy znał się na klątwach, ale nie widział tego z bliska, nie widział twarzy wuja, która była niemalże wtopiona w pień drzewa, z takiej odległości rzeczywiście mógł nie mieć pewności co do tego, co się właściwie działo.
- Ale tutaj jest jego twarz i ten głos, ten głos znajomy, on prosi, rozpacza, a co jeśli to naprawdę on? Co jeśli to prawda? - Nie mogła od razu rozważyć porzucenia swojego pomysłu, nie gdy drzewo nie przestawało jej szeptać do ucha swojej historii, kiedy mieszało jej w głowie, mamiło ją, trudno jej było się temu postawić.
Wspomnienie o tym, że może ich zaatakować było dobrą drogą, Geraldine znowu się spięła, bo co jeśli miał rację, co jeśli to wcale nie był wuj, już miała podobną historię za sobą, już kiedyś ktoś mieszał jej w głowie opowieściami o bracie bliźniaku, wtedy też łatwo było jej w to uwierzyć, najłatwiej było sięgać po rodzinę, więzy krwi, bo te były dla niej najbardziej istotne. Spoglądała na Benjy'ego, chciała mu zaufać.
Las Wisielców, to prawda, krążyły o nim opowieści, już kiedyś zresztą, kiedyś też próbował mieszać jej w głowie, zapomniała o tym, łatwo znowu dała się podejść, nie była odporna na te sztuczki, wszystko przez to, że głos przypominał kogoś z rodziny.
- Słyszysz ten głos? - Tak było najprościej, zapytać, czy i on go słyszał, czy tylko ona, jeśli tylko ona, to całkiem jasne było to, że coś chciało w ten sposób osiągnąć swój cel, wykorzystać ją do jego realizacji.
- Widzisz twarz? - Kolejne pytanie padło z jej ust.
- Możesz mieć rację, pewnie ją masz, tylko to brzmiało tak znajomo, okropnie znajomo. - Zrobiła w końcu jednak krok w stronę Fenwicka, jego argumenty do niej przemawiały, pewnie miał rację, znał się na klątwach, na bytach, tych wszystkich dziwnych rzeczach, powinna go posłuchać.