04.03.2023, 15:46 ✶
Gdyby tylko Ulysses wiedział, że tego dnia Cathal czuł się obserwowany, zaraz po pracy aportowałby się przed drzwiami do jego mieszkania. A potem żadną siłą nie pozwoliłby się z niego wywalić przed siódmą rano dnia następnego (przebolałby nawet brak swojej szczoteczki, wmawiając sobie, że do czuwania nie trzeba było mieć czystych zębów).
Ale nie wiedział. Spędził całkiem przyzwoity, bardzo schematyczny dzień, zupełnie nie niepokojony niczym znacząco odbiegającym od normy. W pracy był tylko na jednej interwencji i to nieszczególnie pracochłonnej a w domu miał czas, by obserwować tego wieczoru niebo (a było co obserwować, bo tego dnia doskonale widać było koniunkcję Jowisza i Wenus).
Zanim położył się spać, zdążył jeszcze przygotować sobie ubranie na następny dzień. Zasnął w swoim łóżku. Z umytymi zębami. Wygodnie przebrany w piżamę.
*
Ulysses wcale nie wiedział, że jest akurat w tym domu. To wciąż była ruina, ale zniekształcona przez sen, wydawała mu się osobliwie malownicza i pełna uroku. Stał w zniszczonym pokoju. Przyglądał się malunkom na ścianach. Niewielkie węże przeplatały się z drobną, zieloną roślinnością. Pełzały po namalowanej trawie, owijały się wokół zielonych łodyżek krwistych maków i zbyt niewinnych stokrotek.
Większości mebli, w pokoju, po prostu nie było. A i te, które zostały przypominały, że dom ten od dawna popadał w ruinę. Z nadłamanego szezlonga wystawały sprężyny. Stolik do kawy stracił dwie nogi a ciężkie firany przesiąknięte były zapachem pleśni i starości. Podłoga syknęła (przecież nie mogła jak każda stara podłoga zaskrzypieć), gdy zrobił krok do przodu. Obrócił się wokół własnej osi.
Młody Rookwood pomyślał, że Gauntowie byli popieprzeni, skoro w swoim umiłowaniu gadów, zdecydowali się na przyozdobienie jednego z pokoi takim malunkiem. Choć, co musiał przyznać nawet teraz, te malunki wciąż wywierały na nim gigantyczne wrażenie.
Ach, no tak, był przecież w domu Gauntów! Przez to, że śnił, wcale nie zdziwiło go, że się tutaj znalazł, że musiał jakoś wejść do środka, że to wszystko nie było wcale takie łatwe i bezpieczne. Odwrotnie, im dłużej zacząłby się nad tym zastanawiać, tym bardziej dochodziłby do wniosku, że dom chciał by się tu zjawił.
I wtedy usłyszał wołanie. Najpierw cichsze, dochodzące jakby ze dworu, ale wraz z krokami wołającego coraz donośniejsze. Przewrócił oczami, a potem ruszył w stronę głównego wejścia. Ale wraz z kolejnym krokami poczuł, że coś jest nie tak. Nie, nie spodziewał się, że ktoś może właśnie czyhać na życie Cathala. Prędzej poczuł się ponaglony. Jakby ściany, podłoga, sufit, całe rozpadające się wnętrze chciało, by czym prędzej dołączył do Shafiqa.
Przyśpieszył i pewnie tylko dzięki temu przyśpieszeniu, pojawił się w korytarzu w chwili, w której Cathal uderzył z hukiem o skrzydło drzwi. Oczy Ulyssesa rozszerzyły się, gdy dostrzegł atakującego go mężczyznę.
Nie, przecież to nie mogła być prawda. Czyżby ten człowiek namierzył Shafiqa i zdecydował się go napaść w domu Gauntów? Nie zastanawiając się nad tym, co robi, wyciągnął różdżkę i machnął nią, odsyłając napastnika z powrotem do ogrodu. Przez to, że stracił mężczyznę z oczu, rzucił się za nim, licząc na to, że teraz, kiedy atakujący pojawił się za dnia, będzie mógł go dopaść…
Ale nie wiedział. Spędził całkiem przyzwoity, bardzo schematyczny dzień, zupełnie nie niepokojony niczym znacząco odbiegającym od normy. W pracy był tylko na jednej interwencji i to nieszczególnie pracochłonnej a w domu miał czas, by obserwować tego wieczoru niebo (a było co obserwować, bo tego dnia doskonale widać było koniunkcję Jowisza i Wenus).
Zanim położył się spać, zdążył jeszcze przygotować sobie ubranie na następny dzień. Zasnął w swoim łóżku. Z umytymi zębami. Wygodnie przebrany w piżamę.
*
Ulysses wcale nie wiedział, że jest akurat w tym domu. To wciąż była ruina, ale zniekształcona przez sen, wydawała mu się osobliwie malownicza i pełna uroku. Stał w zniszczonym pokoju. Przyglądał się malunkom na ścianach. Niewielkie węże przeplatały się z drobną, zieloną roślinnością. Pełzały po namalowanej trawie, owijały się wokół zielonych łodyżek krwistych maków i zbyt niewinnych stokrotek.
Większości mebli, w pokoju, po prostu nie było. A i te, które zostały przypominały, że dom ten od dawna popadał w ruinę. Z nadłamanego szezlonga wystawały sprężyny. Stolik do kawy stracił dwie nogi a ciężkie firany przesiąknięte były zapachem pleśni i starości. Podłoga syknęła (przecież nie mogła jak każda stara podłoga zaskrzypieć), gdy zrobił krok do przodu. Obrócił się wokół własnej osi.
Młody Rookwood pomyślał, że Gauntowie byli popieprzeni, skoro w swoim umiłowaniu gadów, zdecydowali się na przyozdobienie jednego z pokoi takim malunkiem. Choć, co musiał przyznać nawet teraz, te malunki wciąż wywierały na nim gigantyczne wrażenie.
Ach, no tak, był przecież w domu Gauntów! Przez to, że śnił, wcale nie zdziwiło go, że się tutaj znalazł, że musiał jakoś wejść do środka, że to wszystko nie było wcale takie łatwe i bezpieczne. Odwrotnie, im dłużej zacząłby się nad tym zastanawiać, tym bardziej dochodziłby do wniosku, że dom chciał by się tu zjawił.
I wtedy usłyszał wołanie. Najpierw cichsze, dochodzące jakby ze dworu, ale wraz z krokami wołającego coraz donośniejsze. Przewrócił oczami, a potem ruszył w stronę głównego wejścia. Ale wraz z kolejnym krokami poczuł, że coś jest nie tak. Nie, nie spodziewał się, że ktoś może właśnie czyhać na życie Cathala. Prędzej poczuł się ponaglony. Jakby ściany, podłoga, sufit, całe rozpadające się wnętrze chciało, by czym prędzej dołączył do Shafiqa.
Przyśpieszył i pewnie tylko dzięki temu przyśpieszeniu, pojawił się w korytarzu w chwili, w której Cathal uderzył z hukiem o skrzydło drzwi. Oczy Ulyssesa rozszerzyły się, gdy dostrzegł atakującego go mężczyznę.
Nie, przecież to nie mogła być prawda. Czyżby ten człowiek namierzył Shafiqa i zdecydował się go napaść w domu Gauntów? Nie zastanawiając się nad tym, co robi, wyciągnął różdżkę i machnął nią, odsyłając napastnika z powrotem do ogrodu. Przez to, że stracił mężczyznę z oczu, rzucił się za nim, licząc na to, że teraz, kiedy atakujący pojawił się za dnia, będzie mógł go dopaść…