Próbowała podejść do sprawy rozważnie. Drzewo mówiło swoje, i Benjy mówił swoje. Drzewo mówiło głosem podobnym do jej wuja, a jednak to Benjy wszedł z nią do tego lasu, mieli zadanie do wykonania, mieli znaleźć potwora. Nie przyszli tu szukać zaginionego wuja, tak właściwie to nikt chyba nie wspominał o tym, że się zgubił. Ojciec na pewno by tego nie zignorował. Pierwszy argument za tym, że to mogło nie być prawdą, że coś próbowało mieszać jej w głowie. Tylko jakim cudem znało jego głos, twarz wydawała jej się znajoma, wiedziała, że to było możliwe, ale drzewa? Może to nie były zwykłe drzewa, na pewno nie.
- Czyli słyszysz coś innego. - Gdyby to był jej wuj, to i on i ona by to usłyszeli, ten sam głos, widzieliby tą samą twarz, nie pojawiłaby się taka rozbieżność. Kolejny argument za tym, że to nie bo prawdą.
- Wie, gdzie uderzyć, doskonale wie w które miejsce celować. - Rodzina, była dla niej najważniejsza, pewnie dla sporej ilości osób znaczyła wiele, łatwo było znaleźć ofiarę uderzając w te obszary. Bardzo łatwo. Mało kto byłby obojętny na podobną sytuację.
Słyszała opowieści o Lesie Wisielców, bywała tutaj, miała świadomość, że potrafi on mieszać w głowie, a raczej te siły które były tutaj uwięzione. Powoli docierało do niej to, że miał rację, dała się omamić, bardzo łatwo pozwoliła sobie uwierzyć w to, że jej wuj potrzebuje pomocy, zbyt łatwo. Po tym, co przytrafiło jej się latem powinna być ostrożniejsza, ale nie była, niczego się nie nauczyła.
- Tak, mamy komuś pomóc, mamy zadanie do wykonania, nie powinnam tracić celu z oczu. - Zgadzała się z nim, jednak jeszcze nie ruszyła się z miejsca, głos nadal do niej mówił, nadal wybrzmiewał gdzieś za nią, nadal prosił o łaskę. - Zamknij się, zamknij się. - Rzuciła dosyć głośno, musiała to przerwać, nie wydawało jej się, że to pomoże, jednak się odezwała. Potrzebowała momentu, aby doprowadzić się do porządku, wrócić do rzeczywistości, przestać myśleć o tym, że to mógł być jej wuj.
Dostrzegła wyciągniętą w jej kierunku dłoń, wpatrywała się w nią chwilę, Benjy nadal mówił, brzmiał rozsądnie, racjonalnie, powinna go posłuchać, zignorować ten głos w tle, przestać myśleć o tym, że ktoś jej bliski potrzebował pomocy. Zrobiła krok w przód, później następny, aż wreszcie złapała go za rękę, co spowodowało, że poczuła się pewniej. Była tu i teraz, Fenwick okazał się być jej kotwicą, nie pozwolił jej zrobić czegoś głupiego. Nie odwracała się już za siebie, ignorowała ten głos, który nadal próbował do niej mówić, nadal starał się wzbudzić w niej litość, chciał skłonić ją do działania. Wiedziała, że nie może tego zrobić.
- Ja pierdole, to brzmiało tak prawdziwie, naprawdę wydawało mi się, że Eskel tam jest, wiesz? - Na pewno wiedział, widział, jak zareagowała. Nadal czuła się dziwnie, musiała wrócić na miejsce, bo mieli zadanie do zrealizowania. Nie znaleźli się tu przypadkiem.
- Dziękuję, gdyby nie Ty, pewnie bym tam została, dobrze że jesteś. - Geraldine nie miała problemu z tym, aby docenić wsparcie innych, to był moment, w którym musiała to zrobić. Musiała mu podziękować.