26.12.2025, 15:15 ✶
Zmiana kreacji przebiegała zadziwiająco sprawnie. Nie, żeby Lazarus miał duże doświadczenie w asystowaniu przebierającym się kobietom, ale swego czasu był żonaty i chociaż trwało to krótko, to miał okazję więcej, niż kilka razy być świadkiem przebieranek przed lustrem. Proces mozolny, pełen oczekiwania i tak naprawdę wymagający od niego jedynie pozornego zaangażowania, bo jego żona miała obyczaj bardziej polegać na własnych opiniach, niż jego poradach. Prawdopodobnie słusznie.
Kobaltowa suknia zyskała znacznie więcej jego uznania, niż czerwona. Klątwołamacz ponownie opuścił swój fotel, tym razem, by przyjrzeć się kobiecie na postumencie. Magiczna mgła wirowała wokół niego łagodnie, kiedy obchodził ją półkolem.
- Ta lepsza - zaoferował swoje zdanie - I nie musisz się spieszyć, mamy cały dzień.
Dużo lepsza, pomyślał, podnosząc wzrok do twarzy Ceolsige. Coś jednak było w tych wszystkich teoriach o dopasowywaniu kolorów do urody. W jakiś dziwny sposób Ceo wyglądała w tej sukience zdrowiej. Mniej blado. Mniej jak ktoś przebrany, a bardziej jak ona sama. Lazarus bez problemu mógł sobie wyobrazić, jak bryluje w tej kreacji na salonach Lestrange'ów, bez wysiłku, doskonale wiedząc, co powiedzieć i świetnie się bawiąc przy okazji. Coś całkiem nieosiągalnego dla niego samego, ale sam nie był pewien, czy zazdrości tego Ceo, Robertowi albo Jonathanowi Selwynowi, czy raczej cieszy się, że sam nie musi stawać przed takimi wyzwaniami.
Zerknął krótko na zaprezentowane na tafli lustra dodatki, uświadamiając sobie, że suknia to jeszcze nie wszystko.
- Jeżeli zdecydujesz się na ten zestaw, to maska sowy jest dość… nieoczywistym wyborem - powiedział cicho, na wpół do siebie. Paw byłby zdecydowanie bardziej spójny kolorystycznie. Albo błękitnik górski. Albo zimorodek, chociaż jego kolor tak naprawdę wcale nie wynikał z napigmentowania piór, tylko ze sposobu, w jaki załamywały światło... Lazarus nie miał pojęcia, czy to ma znaczenie.
- Prawdę mówiąc nie rozumiem upodobania ludzi do ukrywania się za maskami. Jak w ogóle podjąć rozmowę, gdy nie wiesz, z kim rozmawiasz? Skąd w ogóle wiesz, czy ktoś sobie tego życzy? - wzruszył ramionami, stając z powrotem przed Celsige. Wyglądał, jakby naprawdę liczył na odpowiedź. Być może tak było.
- A propos, ten bal… odbywa się w sąsiedztwie Maida Vale, prawda? Na początku września coś dziwnego działo się z ich różami, widziałem ogłoszenie… słyszałaś coś o tym? - do uszu Burke docierały różne informacje, czasami dziwne, a czasami ciekawe. Lovegood chętnie dowiedziałby się czegoś więcej.
Zechciałbyś zasugerować potencjalny wybór?
W zamyśleniu zbliżył się do zielonej sukienki na wieszaku. Potarł materiał między palcami, sprawdzając jego teksturę i zbierając myśli.
- Przymierz jeszcze to, ale… gdybym to ja miał decydować, to wybrałbym tę niebieską albo coś w czerni. Zwróć uwagę, czy nie krępują ci ruchów i nigdzie nie drapią, inaczej zamiast oczarowywać Anthony’ego będziesz cały czas myśleć o tym, że ci niewygodnie.
Nie trzeba było nosić balowych sukien, by znać ten ból osobiście. Interakcje międzyludzkie na dużych wydarzeniach towarzyskich były trudne nawet w wygodnym ubraniu.
Kobaltowa suknia zyskała znacznie więcej jego uznania, niż czerwona. Klątwołamacz ponownie opuścił swój fotel, tym razem, by przyjrzeć się kobiecie na postumencie. Magiczna mgła wirowała wokół niego łagodnie, kiedy obchodził ją półkolem.
- Ta lepsza - zaoferował swoje zdanie - I nie musisz się spieszyć, mamy cały dzień.
Dużo lepsza, pomyślał, podnosząc wzrok do twarzy Ceolsige. Coś jednak było w tych wszystkich teoriach o dopasowywaniu kolorów do urody. W jakiś dziwny sposób Ceo wyglądała w tej sukience zdrowiej. Mniej blado. Mniej jak ktoś przebrany, a bardziej jak ona sama. Lazarus bez problemu mógł sobie wyobrazić, jak bryluje w tej kreacji na salonach Lestrange'ów, bez wysiłku, doskonale wiedząc, co powiedzieć i świetnie się bawiąc przy okazji. Coś całkiem nieosiągalnego dla niego samego, ale sam nie był pewien, czy zazdrości tego Ceo, Robertowi albo Jonathanowi Selwynowi, czy raczej cieszy się, że sam nie musi stawać przed takimi wyzwaniami.
Zerknął krótko na zaprezentowane na tafli lustra dodatki, uświadamiając sobie, że suknia to jeszcze nie wszystko.
- Jeżeli zdecydujesz się na ten zestaw, to maska sowy jest dość… nieoczywistym wyborem - powiedział cicho, na wpół do siebie. Paw byłby zdecydowanie bardziej spójny kolorystycznie. Albo błękitnik górski. Albo zimorodek, chociaż jego kolor tak naprawdę wcale nie wynikał z napigmentowania piór, tylko ze sposobu, w jaki załamywały światło... Lazarus nie miał pojęcia, czy to ma znaczenie.
- Prawdę mówiąc nie rozumiem upodobania ludzi do ukrywania się za maskami. Jak w ogóle podjąć rozmowę, gdy nie wiesz, z kim rozmawiasz? Skąd w ogóle wiesz, czy ktoś sobie tego życzy? - wzruszył ramionami, stając z powrotem przed Celsige. Wyglądał, jakby naprawdę liczył na odpowiedź. Być może tak było.
- A propos, ten bal… odbywa się w sąsiedztwie Maida Vale, prawda? Na początku września coś dziwnego działo się z ich różami, widziałem ogłoszenie… słyszałaś coś o tym? - do uszu Burke docierały różne informacje, czasami dziwne, a czasami ciekawe. Lovegood chętnie dowiedziałby się czegoś więcej.
Zechciałbyś zasugerować potencjalny wybór?
W zamyśleniu zbliżył się do zielonej sukienki na wieszaku. Potarł materiał między palcami, sprawdzając jego teksturę i zbierając myśli.
- Przymierz jeszcze to, ale… gdybym to ja miał decydować, to wybrałbym tę niebieską albo coś w czerni. Zwróć uwagę, czy nie krępują ci ruchów i nigdzie nie drapią, inaczej zamiast oczarowywać Anthony’ego będziesz cały czas myśleć o tym, że ci niewygodnie.
Nie trzeba było nosić balowych sukien, by znać ten ból osobiście. Interakcje międzyludzkie na dużych wydarzeniach towarzyskich były trudne nawet w wygodnym ubraniu.