Lewis, to znaczy Lawender, przyjął z lubością kocyk, nawet jeżeli w połączeniu z jego kolorytem, wyglądał w nim jak prosiaczek. Nie było aż tak widać dzięki panującej ogólnie niemrawej, rozpraszanej mugolskimi lampami, ciemności. Wszyscy w ich durnym oświetleniu wyglądali chorobliwie i brzydko. A kocyś był... Cóż. Był. Trochę chujowy, ale nędznicy nie mają wyboru. Przynajmniej przez jakiś czas mógł się delektować ciepłotą tego magicznego tworu.
— Silvana Spencer — palnął, nie kojarząc w ogóle, skąd to imię przyszło mu do głowy, ponownie zaskoczony swoim damskim głosem. — Nie ma zimy bez śniegu, wiosny bez słońca i radości bez towarzystwa*.
Złapał się teatralnie pod boki, co wyglądało komicznie, gdy odstawiał tę błazenadę z płaszczem ze świnkowego kocyka. Dobrze, że widziała go tylko ta psina, bo by mu na Nokturnie żyć nie dali.
— Pamiętam, że było to przy powalonej brzozie, koło nagrobku jakiegoś McDuckina, ale imienia nie pamiętam. — W tym momencie pierdolił już cokolwiek, aby zapełnić ciszę jakimiś bzdurami i nie myśleć o tym, jak mocno chce udusić typa, który go wystawił. Może dziołcha miała jakieś leglimencje, chociaż podobno to nielegalne.
Ruszył z miejsca i zaraz się potknął, zapominając, że ma inny środek ciężkości.
* There is no winter without snow, no spring without sunshine, and no happiness without companions — źródło przysłowia