27.12.2025, 11:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.12.2025, 11:10 przez Alexander Mulciber.)
Na chwilę pozwolił sobie przymknąć oczy, jak gdyby powieki przygniatało mu straszliwe zmęczenie. Zmusiła go jednak, żeby na powrót je otworzył. Wiedział, że nie zdoła odpocząć. Alexander skupił więc na Ambrosii swoje przekrwione spojrzenie.
– Tak – odpowiedział, bardzo powoli cedząc słowa, jak gdyby wcześniej nie wyraził się wystarczająco dosadnie. – Dokładnie tym będę. – Wpatrywał się w Ambrosię z twarzą bez wyrazu, całą resztę słów, jakie padły z jej ust, puszczając mimo uszu, dokładnie tak, jak puścił jej dłoń.
Wstał jak tylko zaczęła mówić, pedantycznie dosuwając krzesło z powrotem do stołu. Dokładnie tak, jak gdyby nigdy na nim nie siedział. Jak gdyby nie wszedł tu dzisiaj, aby pomóc jej z odmalowywaniem szyldu. Odsunął się od niej obojętnie, wiedząc, w jakim kierunku pójdzie rozmowa. Nie musiał być jasnowidzem, by wiedzieć, że nie miała kompletnie sensu.
– A kto tobie dał prawo osądzać moich rodziców? – zapytał z tym upiornym spokojem, który wywoływał ciarki na plecach. Nawet nie próbował jej zastraszać. Wystarczyła... Pogarda. Bo w tej chwili czuł do Ambrosii tylko pogardę. – Moja matka nie jest szalona. – Nieważne, jak wiele razy to powtarzał, wciąż wierzył, że Selina jest zdrowa na umyśle. Wiedział, że umrze, wierząc każdemu słowu, jakie padło z jej ust. Gdyby Ambrosia nie była mu kimś bliskim, zareagowałby gwałtowniej. Bo Alexander nie pozwalał nikomu nigdy mówić o szaleństwie Seliny. Nie, gdy miała w sobie krew cygańskich królów, a we krwi – dar poślubionych im prorokiń. Niechby jego nazwali szaleńcem, ale nie jego matkę. Ze wszystkich ludzi wzięła sobie jego rodziców na przykład... Alexander przechylił jak gdyby w zamyśleniu głowę, przypatrując się Ambrosii. Stał, po prostu stał, oddalony od niej, wiedząc tylko, że chce być daleko. Nawet jego głos zdawał się dochodzić z daleka.
– Ale rozumiem, że można mieć różne pojmowanie szaleństwa... Mimo że wszyscy wiemy, co powszechnie uważane jest za normalne. Ale to nie twoja wina. Tak jak i mylne postrzeganie "wolności", kiedy jest się córką matki, dla której "wolność" to możliwość wprowadzenia dowolnej prostytutki do mężowskiej sypialni. To jak wiele masz tego rodzeństwa, przypomnij? Dużo knutów idzie na ich utrzymanie, czy już sami na siebie zarabiają? Pomyślałby kto, że w takim układzie więcej będziesz miała szacunku do imienia mojego zmarłego ojca, który nigdy nie pytał, dlaczego zabieram cię na wszystkie nasze wyprawy. Który pozwalał mi żyć na jego rachunek, jak długo potrzebowałem. Pozwalał mi żyć tak, jak tego chciałem, mimo, że nie zawsze się z zgadzał z moimi wyborami... Mój ojciec kochał moją matkę. Przykro, że twój nie nauczył cię odróżniać miłości od wykorzystania. Przykro mi, że twoja matka była zbyt zajęta rozkładaniem nóg w tym waszym burdelu, żeby o ciebie zadbać.
Odwrócił się do niej plecami, żeby wyjrzeć przez okno, za którym straszyło oblicze Nokturnu.
– Po co miałbym im cokolwiek obiecywać. Po co miałbym nadstawiać za nich karku. Po co miałbym to robić, skoro zignorowałaś wszystkie moje ostrzeżenia. Myślisz, że bez potrzeby powiedziałbym ci, że jestem śmierciożercą? – Zasunął gwałtownie zasłonkę, niemalże zrzucając przy tym magiczną kulę z sekretarzyka. Nie ze złości, lecz z nieuwagi. Skrzywił się, rozpoznając w niej kryształ, w który zaglądał wcześniej tej nocy, zanim nastał świt. Nie chciał wiedzieć, co jest na jego dnie.
– Miałaś trzymać się od nich z daleka. Od Loretty. Od Louvaina. Od wszystkich tych skurwiałych... Czy ty w ogóle rozumiesz, co się do ciebie mówi? – Alexander pokręcił lekko głową, jak gdyby z niedowierzaniem. Kto tutaj był niepoważny? Odwrócił na powrót twarz w stronę Ambrosii. – Nie rozśmieszaj mnie, chwaląc się w tym momencie swoimi karcianymi rozkładami. Ty widzisz dwie ścieżki, ale ja widzę tysiące. – Nie było w tym nic nadzwyczajnego. W końcu ona była tylko wróżbitką, a on jasnowidzem. – "Czego ja od ciebie oczekuję"? Otóż, oczekiwałem, że będziesz się ukrywać w tej połowie Anglii, której nie puściliśmy z dymem. Czy to tak wiele, Ambrosio? Czy nie takiego życia pragnęłaś? Mogłaś przecież mieć ten swój Nokturn. Miałaś tutaj swoją rodzinę. Miałaś nawet i mnie. Ale ty oczywiście musiałaś zrobić mi na przekór. Czego jeszcze pragnęłaś, że poczułaś potrzebę zaproszenia tu Śmierciożerców?
Ani razu nie podniósł głosu. Mówił monotonnym, bezbarwnym tonem, jak gdyby ktoś dyktował mu to, co ma powiedzieć. Z pewnością proroka odtwarzał rolę, którą mu przypisano. A może taką, którą przypisał sobie sam.
– Tak – odpowiedział, bardzo powoli cedząc słowa, jak gdyby wcześniej nie wyraził się wystarczająco dosadnie. – Dokładnie tym będę. – Wpatrywał się w Ambrosię z twarzą bez wyrazu, całą resztę słów, jakie padły z jej ust, puszczając mimo uszu, dokładnie tak, jak puścił jej dłoń.
Wstał jak tylko zaczęła mówić, pedantycznie dosuwając krzesło z powrotem do stołu. Dokładnie tak, jak gdyby nigdy na nim nie siedział. Jak gdyby nie wszedł tu dzisiaj, aby pomóc jej z odmalowywaniem szyldu. Odsunął się od niej obojętnie, wiedząc, w jakim kierunku pójdzie rozmowa. Nie musiał być jasnowidzem, by wiedzieć, że nie miała kompletnie sensu.
– A kto tobie dał prawo osądzać moich rodziców? – zapytał z tym upiornym spokojem, który wywoływał ciarki na plecach. Nawet nie próbował jej zastraszać. Wystarczyła... Pogarda. Bo w tej chwili czuł do Ambrosii tylko pogardę. – Moja matka nie jest szalona. – Nieważne, jak wiele razy to powtarzał, wciąż wierzył, że Selina jest zdrowa na umyśle. Wiedział, że umrze, wierząc każdemu słowu, jakie padło z jej ust. Gdyby Ambrosia nie była mu kimś bliskim, zareagowałby gwałtowniej. Bo Alexander nie pozwalał nikomu nigdy mówić o szaleństwie Seliny. Nie, gdy miała w sobie krew cygańskich królów, a we krwi – dar poślubionych im prorokiń. Niechby jego nazwali szaleńcem, ale nie jego matkę. Ze wszystkich ludzi wzięła sobie jego rodziców na przykład... Alexander przechylił jak gdyby w zamyśleniu głowę, przypatrując się Ambrosii. Stał, po prostu stał, oddalony od niej, wiedząc tylko, że chce być daleko. Nawet jego głos zdawał się dochodzić z daleka.
– Ale rozumiem, że można mieć różne pojmowanie szaleństwa... Mimo że wszyscy wiemy, co powszechnie uważane jest za normalne. Ale to nie twoja wina. Tak jak i mylne postrzeganie "wolności", kiedy jest się córką matki, dla której "wolność" to możliwość wprowadzenia dowolnej prostytutki do mężowskiej sypialni. To jak wiele masz tego rodzeństwa, przypomnij? Dużo knutów idzie na ich utrzymanie, czy już sami na siebie zarabiają? Pomyślałby kto, że w takim układzie więcej będziesz miała szacunku do imienia mojego zmarłego ojca, który nigdy nie pytał, dlaczego zabieram cię na wszystkie nasze wyprawy. Który pozwalał mi żyć na jego rachunek, jak długo potrzebowałem. Pozwalał mi żyć tak, jak tego chciałem, mimo, że nie zawsze się z zgadzał z moimi wyborami... Mój ojciec kochał moją matkę. Przykro, że twój nie nauczył cię odróżniać miłości od wykorzystania. Przykro mi, że twoja matka była zbyt zajęta rozkładaniem nóg w tym waszym burdelu, żeby o ciebie zadbać.
Odwrócił się do niej plecami, żeby wyjrzeć przez okno, za którym straszyło oblicze Nokturnu.
– Po co miałbym im cokolwiek obiecywać. Po co miałbym nadstawiać za nich karku. Po co miałbym to robić, skoro zignorowałaś wszystkie moje ostrzeżenia. Myślisz, że bez potrzeby powiedziałbym ci, że jestem śmierciożercą? – Zasunął gwałtownie zasłonkę, niemalże zrzucając przy tym magiczną kulę z sekretarzyka. Nie ze złości, lecz z nieuwagi. Skrzywił się, rozpoznając w niej kryształ, w który zaglądał wcześniej tej nocy, zanim nastał świt. Nie chciał wiedzieć, co jest na jego dnie.
Przewaga Wróżbiarstwo, wnętrze szklanej kuli.
Rzut Symbol 1d258 - 230
Waga (sprawa sadowa)
Waga (sprawa sadowa)
– Miałaś trzymać się od nich z daleka. Od Loretty. Od Louvaina. Od wszystkich tych skurwiałych... Czy ty w ogóle rozumiesz, co się do ciebie mówi? – Alexander pokręcił lekko głową, jak gdyby z niedowierzaniem. Kto tutaj był niepoważny? Odwrócił na powrót twarz w stronę Ambrosii. – Nie rozśmieszaj mnie, chwaląc się w tym momencie swoimi karcianymi rozkładami. Ty widzisz dwie ścieżki, ale ja widzę tysiące. – Nie było w tym nic nadzwyczajnego. W końcu ona była tylko wróżbitką, a on jasnowidzem. – "Czego ja od ciebie oczekuję"? Otóż, oczekiwałem, że będziesz się ukrywać w tej połowie Anglii, której nie puściliśmy z dymem. Czy to tak wiele, Ambrosio? Czy nie takiego życia pragnęłaś? Mogłaś przecież mieć ten swój Nokturn. Miałaś tutaj swoją rodzinę. Miałaś nawet i mnie. Ale ty oczywiście musiałaś zrobić mi na przekór. Czego jeszcze pragnęłaś, że poczułaś potrzebę zaproszenia tu Śmierciożerców?
Ani razu nie podniósł głosu. Mówił monotonnym, bezbarwnym tonem, jak gdyby ktoś dyktował mu to, co ma powiedzieć. Z pewnością proroka odtwarzał rolę, którą mu przypisano. A może taką, którą przypisał sobie sam.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat