27.12.2025, 12:30 ✶
– Być może tym razem zdecyduję się na zakończenie tragiczne? Czytelnicy kochają te wesołe, ale nie bez powodów to Romeo i Julia do dziś porusza serca i umysły – stwierdził Darcy, uśmiechając się do Lyssy. Początkowo, oczywiście, planował, że wszystko w książce ułoży się pięknie. Jeśli czymś się martwił, to nie artykułami Aristy: po Beltane co najwyżej mógłby się stresować, czy jakiś śmierciożerca nie wkurzy się, że szkaluje jego rodzinę, dostrzegając jakieś analogie, i nie przyjdzie trzasnąć w niego avadą. Ale celowo bardzo się starał stworzyć ród nie przypominający żadnego istniejącego, z zagranicznym rodowem… I po prawdzie teraz, gdy sam miał się za tragicznego kochanka, wcale nie był pewny czy ślub to dobry wybór. Może dziewczyna powinna zginąć tragicznie, a główny bohater dochowa wierności jej wspomnieniom? Może umrą oboje, rozdzieleni przez okrutny los? A może – choć była to śmiała idea, gdy szło o powieści romantyczne, i sam trochę się jej bał – panna wyjedzie, realizować swoje marzenia, on zaś odkryje, że to kobieta, która pomagała mu rozgryźć tę zagadkę jest jego prawdziwą miłością?
Jeżeli nawet Darcy zauważył, że Lyssa płynnie z rozmowy o tym, gdzie powinni zatańczyć przeszła do snucia kolejnej opowieści, to albo mu to nie przeszkadzało, albo nie dał tego po sobie poznać. Zresztą, to było na swój sposób miłe: jak łatwo się domyśleć, pośród kolegów ze szkoły raczej nie miał co liczyć na zrozumienie wobec swoich zapędów twórczych czy wymyślania takich historii. Nie bez powodu rozrzucał w czasach szkolnych swoje artykuły podpisane pseudonimem i to żeńskim.
– Jest im pisane zawsze się odnaleźć, nawet gdy nie widzą swoich twarzy i nie znają tożsamości? – spytał, uśmiechając się do Lyssy ponad swoim kuflem. – Pewnie nie w tej książce, ale być może wykorzystam koncept, od razu przychodzi mi do głowy historia o kochankach, którzy zginęli w tragicznych okolicznościach, a potem odrodzili się, by się znów odnaleźć…
Jeżeli nawet Darcy zauważył, że Lyssa płynnie z rozmowy o tym, gdzie powinni zatańczyć przeszła do snucia kolejnej opowieści, to albo mu to nie przeszkadzało, albo nie dał tego po sobie poznać. Zresztą, to było na swój sposób miłe: jak łatwo się domyśleć, pośród kolegów ze szkoły raczej nie miał co liczyć na zrozumienie wobec swoich zapędów twórczych czy wymyślania takich historii. Nie bez powodu rozrzucał w czasach szkolnych swoje artykuły podpisane pseudonimem i to żeńskim.
– Jest im pisane zawsze się odnaleźć, nawet gdy nie widzą swoich twarzy i nie znają tożsamości? – spytał, uśmiechając się do Lyssy ponad swoim kuflem. – Pewnie nie w tej książce, ale być może wykorzystam koncept, od razu przychodzi mi do głowy historia o kochankach, którzy zginęli w tragicznych okolicznościach, a potem odrodzili się, by się znów odnaleźć…