28.12.2025, 03:12 ✶
Grzeczności wychodziły mu przypadkowo, czasami z mechanicznego wyuczenia, ale częściej w szczęśliwym uśmiechu losu. Oczywiście mowa tu o wyjątkowych sytuacjach, gdy w końcu udawało mu się nie brzmieć jak dziwak. W pakiecie było również nie pojmowanie tonu wypowiedzi rozmówców, więc odpowiedź kuzynki odebrał jako szczery komunikat.
- Krzesło... - mruknął ze zmarszczonymi brwiami, ewidentnie zaintrygowany. Nie kontynuowali jednak rozmowy, gdyż dołączyła do nich Eden. William zerknął na żonę przelotnie. Już w codziennych sytuacjach miał problem z utrzymywaniem kontaktu wzrokowego, teraz unikał go jak ognia, tracąc szansę dostrzeżenia, że Eden również nie zamierzała spoglądać mu w oczy. Skupił spojrzenie na wysokości jej ramion, wybawieniem okazały się strudzone pracą przy wątpliwym świetle oczy - sylwetka Eden rozmazała się w chłodnej barwie okalających ją włosów, acz ciemne barwy ozdób rezydencji zabraniały jej osobie całkowicie wtopić się w smugę niedowidzania; jej obecność w życiu Williama traciła swoje ostre zarysy.
Przeszedł go dreszcz - dotyk był intensywny w swoim upozorowaniu faktycznej bliskości, nie naciskał, choć ściągał na ziemię; dłoń umiejscowiona na ciemnym materiale marynarki była niecodziennie realnym odczuciem. Przez chwilę pożałował, że zażył substancję stymulującą umysł zaraz przed wyjściem. Dzięki niej był o wiele bardziej skupiony, język mu się mniej plątał, a prawdopodobieństwo zaliczenia gafy spadało do minimum. Zdawał sobie sprawę, że substancja zadziała na całość ciała, a nie tylko wybrane funkcje, wiedział na co się pisze, ale w swojej analizie absolutnie zignorował, że dotyk nie jest niczym dziwnym i zaplanowanym z wyprzedzeniem dla wszystkich innych ludzi, poza nim, to on był dziwny.
- Dobrze, że jesteś - powitał Eden, odnajdując resztki odwagi w ogólnym zarysie zachowania Primrose. Nie był dobry w odczytywaniu tonów i sygnałów, ale dyskomfort, który sam odczuwał rozpoznałby wszędzie. Dobrze było wiedzieć, że nie był w swej niedoli sam. Świadomość, że Eden również nie chciała tu być, nie pomagała mu ani trochę, jak mógł się porównywać do jej prezentowanego na porcelanowej zastawie fałszu? Jego poziom majaczył gdzieś pomiędzy brzegiem Styksu, a wrotami Hadesu, potykając się na ostatnich stopniach. Nie było mowy, aby ktokolwiek wgryzał się w spalony stek bzdur, który podawał na uszczerbionym od niepoprawnego użytku półmisku do sałatek.
Zapewne dlatego pokonała go w rozgrywce szachowej; czy te wszystkie lata były efektem długo trwającej fascynacji, przypieczętowanej rodzinnym mariażem? Czy emocje, które czuł były wytworem gonienia za konceptem żony, który nie istniał? Nie był pewien czy zna osobę, która trzyma go pod ramię ani czy ona, tak naprawdę zna jego.
Chwycony za dłoń, z Eden u boku, wszedł do jadalni, postanawiając nie zastanawiać się nad odpowiedzią na pytanie Primrose. Jeżeli pozwoliłby sobie zacząć dywagować na temat tego czy chcą wchodzić do pomieszczenia czy nie, zapewne staliby tam do Yule, jak nie przyszłego Mabon.
Ścisnął kuzynkę w geście wsparcia i otuchy, nim puścił jej dłoń. Nie dał kumulującemu się stresowi zawładnąć nad ciałem, przypominając sobie pierwsze wykłady, które wypadały absolutnie tragicznie. Z czasem, jednak, szło mu coraz lepiej.
- Wybaczcie spóźnienie, przez ostatnie wydarzenia mieliśmy trochę problemów logistycznych - zapewne ku zaskoczeniu wszystkich, przejął pałeczkę.
Gdy siadali, odsunął najpierw krzesło dla Eden, licząc, że Primrose usiądzie zaraz obok. Absolutnie nie pamiętał czy mieli przypisane miejsca przy stole, unikał rodzinnych uroczystości, toteż rzadko zasiadał przy stole pełnym krewnych.
- Krzesło... - mruknął ze zmarszczonymi brwiami, ewidentnie zaintrygowany. Nie kontynuowali jednak rozmowy, gdyż dołączyła do nich Eden. William zerknął na żonę przelotnie. Już w codziennych sytuacjach miał problem z utrzymywaniem kontaktu wzrokowego, teraz unikał go jak ognia, tracąc szansę dostrzeżenia, że Eden również nie zamierzała spoglądać mu w oczy. Skupił spojrzenie na wysokości jej ramion, wybawieniem okazały się strudzone pracą przy wątpliwym świetle oczy - sylwetka Eden rozmazała się w chłodnej barwie okalających ją włosów, acz ciemne barwy ozdób rezydencji zabraniały jej osobie całkowicie wtopić się w smugę niedowidzania; jej obecność w życiu Williama traciła swoje ostre zarysy.
Przeszedł go dreszcz - dotyk był intensywny w swoim upozorowaniu faktycznej bliskości, nie naciskał, choć ściągał na ziemię; dłoń umiejscowiona na ciemnym materiale marynarki była niecodziennie realnym odczuciem. Przez chwilę pożałował, że zażył substancję stymulującą umysł zaraz przed wyjściem. Dzięki niej był o wiele bardziej skupiony, język mu się mniej plątał, a prawdopodobieństwo zaliczenia gafy spadało do minimum. Zdawał sobie sprawę, że substancja zadziała na całość ciała, a nie tylko wybrane funkcje, wiedział na co się pisze, ale w swojej analizie absolutnie zignorował, że dotyk nie jest niczym dziwnym i zaplanowanym z wyprzedzeniem dla wszystkich innych ludzi, poza nim, to on był dziwny.
- Dobrze, że jesteś - powitał Eden, odnajdując resztki odwagi w ogólnym zarysie zachowania Primrose. Nie był dobry w odczytywaniu tonów i sygnałów, ale dyskomfort, który sam odczuwał rozpoznałby wszędzie. Dobrze było wiedzieć, że nie był w swej niedoli sam. Świadomość, że Eden również nie chciała tu być, nie pomagała mu ani trochę, jak mógł się porównywać do jej prezentowanego na porcelanowej zastawie fałszu? Jego poziom majaczył gdzieś pomiędzy brzegiem Styksu, a wrotami Hadesu, potykając się na ostatnich stopniach. Nie było mowy, aby ktokolwiek wgryzał się w spalony stek bzdur, który podawał na uszczerbionym od niepoprawnego użytku półmisku do sałatek.
Zapewne dlatego pokonała go w rozgrywce szachowej; czy te wszystkie lata były efektem długo trwającej fascynacji, przypieczętowanej rodzinnym mariażem? Czy emocje, które czuł były wytworem gonienia za konceptem żony, który nie istniał? Nie był pewien czy zna osobę, która trzyma go pod ramię ani czy ona, tak naprawdę zna jego.
Chwycony za dłoń, z Eden u boku, wszedł do jadalni, postanawiając nie zastanawiać się nad odpowiedzią na pytanie Primrose. Jeżeli pozwoliłby sobie zacząć dywagować na temat tego czy chcą wchodzić do pomieszczenia czy nie, zapewne staliby tam do Yule, jak nie przyszłego Mabon.
Ścisnął kuzynkę w geście wsparcia i otuchy, nim puścił jej dłoń. Nie dał kumulującemu się stresowi zawładnąć nad ciałem, przypominając sobie pierwsze wykłady, które wypadały absolutnie tragicznie. Z czasem, jednak, szło mu coraz lepiej.
- Wybaczcie spóźnienie, przez ostatnie wydarzenia mieliśmy trochę problemów logistycznych - zapewne ku zaskoczeniu wszystkich, przejął pałeczkę.
Gdy siadali, odsunął najpierw krzesło dla Eden, licząc, że Primrose usiądzie zaraz obok. Absolutnie nie pamiętał czy mieli przypisane miejsca przy stole, unikał rodzinnych uroczystości, toteż rzadko zasiadał przy stole pełnym krewnych.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated