28.12.2025, 12:59 ✶
Widmowy duszek unoszący się nad herbatą wołał i wołał o pomstę do nieba za swój los bycia wypijanym, choć może tak na prawdę jego ruch rozwarcia i zwarcia paszczy był gestem śpiewania? Ostatecznie efekt miał tylko umilić delektowanie się smakiem dobrego naparu z adekwatnie mocną wkładką.
Zapisała na małej karteczce imię i nazwisko wróża, nie omieszkała również podziękować za tę drobną polecajkę. I choć byli w absolutnie publicznym miejscu, a z Lazarusem nie łączyło ją nic ponad Ceolsige, atmosfera zrobiła się niemal rodzinna, w tym przyjemnym aspekcie tego słowa.
Urd rozsiadła się wygodniej na swoim krześle.
- Szwecja właściwie, chociaż magiczny półwysep skandynawski jest nieco bardziej zunifikowany niż jego kulturowe granice wyznaczane przez mugoli. - Nie było w tym nic aż tak dziwnego. W końcu możliwość szybkiego teleportowania się z jednego miejsca na drugie sprzyjała wymianie informacji. - Ja zazwyczaj stronię od śniegu i nie lubię wracać w rodzinne strony. - to był ten aspekt „rodzinności”, który był zdecydowanie bardziej drażniący. - Mam tam dom, ale… to raczej budynek, aniżeli miejsce które niesie to znaczenie…hmm… na poziomie… sensu. -alkohol przyjemnie rozgrzewał i rozluźniał, ale też nieco ograniczał angielskie słownictwo. Pijana w sztok Urd mówiła już tylko językiem wikingów.
Dalej dała im rozmawiać o ptasznikach, pająkach, wężach i ocieplaniu miejsca zamieszania tymi małymi bezwzględnymi predatorami.
- Czyżby futra przestały być w modzie? - zapytała tylko na wspomnienie o wężach. - Już chyba te ptaszniki są chociaż trochę owłosione, ale gady? Czy płazy? Zawsze mi się to myli - przyznała lekko, [u]mimowolnie podglądając łączącą ich nić i z pewną dozą irytacji odkrywając, że Lovegood najpewniej był oklkumentą. Anglia była ich pełna, albo ona musiała mieć wyjątkowy niefart! - Czy owe ptaszniki mają imiona? Zawsze jestem ciekawa imion na które decydują się właściciele. - rzuciła tonem takim, jakby zamierzała z tych imion conajmniej układać wróżbę.
Zapisała na małej karteczce imię i nazwisko wróża, nie omieszkała również podziękować za tę drobną polecajkę. I choć byli w absolutnie publicznym miejscu, a z Lazarusem nie łączyło ją nic ponad Ceolsige, atmosfera zrobiła się niemal rodzinna, w tym przyjemnym aspekcie tego słowa.
Urd rozsiadła się wygodniej na swoim krześle.
- Szwecja właściwie, chociaż magiczny półwysep skandynawski jest nieco bardziej zunifikowany niż jego kulturowe granice wyznaczane przez mugoli. - Nie było w tym nic aż tak dziwnego. W końcu możliwość szybkiego teleportowania się z jednego miejsca na drugie sprzyjała wymianie informacji. - Ja zazwyczaj stronię od śniegu i nie lubię wracać w rodzinne strony. - to był ten aspekt „rodzinności”, który był zdecydowanie bardziej drażniący. - Mam tam dom, ale… to raczej budynek, aniżeli miejsce które niesie to znaczenie…hmm… na poziomie… sensu. -alkohol przyjemnie rozgrzewał i rozluźniał, ale też nieco ograniczał angielskie słownictwo. Pijana w sztok Urd mówiła już tylko językiem wikingów.
Dalej dała im rozmawiać o ptasznikach, pająkach, wężach i ocieplaniu miejsca zamieszania tymi małymi bezwzględnymi predatorami.
- Czyżby futra przestały być w modzie? - zapytała tylko na wspomnienie o wężach. - Już chyba te ptaszniki są chociaż trochę owłosione, ale gady? Czy płazy? Zawsze mi się to myli - przyznała lekko, [u]mimowolnie podglądając łączącą ich nić i z pewną dozą irytacji odkrywając, że Lovegood najpewniej był oklkumentą. Anglia była ich pełna, albo ona musiała mieć wyjątkowy niefart! - Czy owe ptaszniki mają imiona? Zawsze jestem ciekawa imion na które decydują się właściciele. - rzuciła tonem takim, jakby zamierzała z tych imion conajmniej układać wróżbę.