05.03.2023, 00:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.03.2023, 00:14 przez Patrick Steward.)
Patrick obserwował płonący na końcu różdżki płomień. Jego wielkość, migotliwie zmieniający się poziom światła. Przygasało, ale nie gasło. Magia zanikała, ale nie znikała zupełnie. Niby ciągle była a jednak bezwartościowa. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, co właściwie oznaczało, że granica, gdzie magia działała na Mglistych Mokradłach coraz słabiej (aż stawała się, niemal zupełnie znikoma) pozostawała ruchoma.
- Czemu to tak pulsuje? – wymruczał pod nosem, pytając o to sam siebie. Na to pytanie nie miał oczywiście jeszcze żadnej odpowiedzi.
Steward pomyślał tylko, że skoro pulsowało, to musiało być coś, co wywoływało te impulsy. Jakieś epicentrum, którego jeszcze nie znaleźli – chociaż właśnie gorąco próbowali je znaleźć. Może rzeczywiście brakowało im ludzi do dokładniejszego zbadania mokradeł? Może potrzeba było tu nie czterech a ośmiu czarodziei? Albo dwunastu?
Znowu kontrolnie popatrzył w stronę Mavelle, upewniając się, że u niej wszystko było w porządku i że w jej przypadku magia działała (nie działała) tak samo jak u niego (to by dopiero było niepokojące, gdyby było odwrotnie). Zerkał na nią co jakiś czas, wraz z dalszą wędrówką, ciągle po to, by wiedzieć jak sobie radziła (i czy przypadkiem nie potrzebowała jego pomocy).
Wreszcie dotarli do sadzawki.
Ale olśnienie wcale nie spłynęło na jego głowę raptem, jak gwałtowna, letnia ulewa po dniu pełnym słonecznej spiekoty. Patrzył na wodę, zastanawiając się nad tym, czemu właśnie woda miałaby być epicentrum zaników magii? I czy mogła mieć jakiś związek z przypadkowymi aportacjami na bagnach? A może, w ogóle, niepotrzebnie szukali tu prawidłowości i w rzeczywistości czarodzieje czasem aportowali się w złych miejscach. Kiedy jednak magia działała, mogli bez trudu ponowić aportację. Tu zaś nie działała. Stąd to całe zamieszanie, które kosztowało życie przynajmniej dwójkę czarodziejów a wielu innych sporo nerwów, gdy brnęli przez tę nieprzyjemną okolicę.
Dotknął palcami nasady nosa, uświadamiając sobie, że źle zakładał. Mylił skutek z przyczyną.
- Kurwa mać! – warknął odruchowo, gdy wreszcie dotarło do niego, na co najprawdopodobniej spoglądali. – One czegoś pilnują! Cofamy się! – krzyknął głośniej.
Potrzebowali magii, by zmierzyć się z oblepionymi szlamem trupami, które ruszyły na nich. Plan Stewarda był dość prosty: najpierw salwowanie się ucieczką. Odbiegnięcie przynajmniej na tyle, by wróciła im magia (co, patrząc na to, że zwłoki najpewniej miały ruszyć za nimi, mogło im zająć chwilę). Potem posłużenie się ogniem. I jeśli nawet nie zaatakowanie żywych trupów czarami, to przynajmniej podpalenie czegoś i atak tym podpalonym czymś. Trupy były dwa a ich cała czwórka. Miał nadzieję, że dadzą sobie radę.
Ściągnął z ramienia plecak.
- Wood, w środku jest lina! - krzyknął, rzucając go do niej.
Starał się odbiec na tyle, by wrócił płomień na czubku jego różdżki.
- Czemu to tak pulsuje? – wymruczał pod nosem, pytając o to sam siebie. Na to pytanie nie miał oczywiście jeszcze żadnej odpowiedzi.
Steward pomyślał tylko, że skoro pulsowało, to musiało być coś, co wywoływało te impulsy. Jakieś epicentrum, którego jeszcze nie znaleźli – chociaż właśnie gorąco próbowali je znaleźć. Może rzeczywiście brakowało im ludzi do dokładniejszego zbadania mokradeł? Może potrzeba było tu nie czterech a ośmiu czarodziei? Albo dwunastu?
Znowu kontrolnie popatrzył w stronę Mavelle, upewniając się, że u niej wszystko było w porządku i że w jej przypadku magia działała (nie działała) tak samo jak u niego (to by dopiero było niepokojące, gdyby było odwrotnie). Zerkał na nią co jakiś czas, wraz z dalszą wędrówką, ciągle po to, by wiedzieć jak sobie radziła (i czy przypadkiem nie potrzebowała jego pomocy).
Wreszcie dotarli do sadzawki.
Ale olśnienie wcale nie spłynęło na jego głowę raptem, jak gwałtowna, letnia ulewa po dniu pełnym słonecznej spiekoty. Patrzył na wodę, zastanawiając się nad tym, czemu właśnie woda miałaby być epicentrum zaników magii? I czy mogła mieć jakiś związek z przypadkowymi aportacjami na bagnach? A może, w ogóle, niepotrzebnie szukali tu prawidłowości i w rzeczywistości czarodzieje czasem aportowali się w złych miejscach. Kiedy jednak magia działała, mogli bez trudu ponowić aportację. Tu zaś nie działała. Stąd to całe zamieszanie, które kosztowało życie przynajmniej dwójkę czarodziejów a wielu innych sporo nerwów, gdy brnęli przez tę nieprzyjemną okolicę.
Dotknął palcami nasady nosa, uświadamiając sobie, że źle zakładał. Mylił skutek z przyczyną.
- Kurwa mać! – warknął odruchowo, gdy wreszcie dotarło do niego, na co najprawdopodobniej spoglądali. – One czegoś pilnują! Cofamy się! – krzyknął głośniej.
Potrzebowali magii, by zmierzyć się z oblepionymi szlamem trupami, które ruszyły na nich. Plan Stewarda był dość prosty: najpierw salwowanie się ucieczką. Odbiegnięcie przynajmniej na tyle, by wróciła im magia (co, patrząc na to, że zwłoki najpewniej miały ruszyć za nimi, mogło im zająć chwilę). Potem posłużenie się ogniem. I jeśli nawet nie zaatakowanie żywych trupów czarami, to przynajmniej podpalenie czegoś i atak tym podpalonym czymś. Trupy były dwa a ich cała czwórka. Miał nadzieję, że dadzą sobie radę.
Ściągnął z ramienia plecak.
- Wood, w środku jest lina! - krzyknął, rzucając go do niej.
Starał się odbiec na tyle, by wrócił płomień na czubku jego różdżki.