30.12.2025, 19:30 ✶
25 IX 1972
Alexander zasnął patrząc w gwiazdy.
Zawsze lubił śnić o gwiazdach. Odkrywać nowe konstelacje na niebie, które zupełnie różniło się od tego, które widział na jawie. Na jawie nie miało przez nim tajemnic, ale w snach... Mógł mieć mapy nieba wdrukowane w pamięć, ale tylko w snach mógł dotknąć gwiezdnego pyłu. Dał zaklętą mapę Helloise, chcąc podzielić się z nią tym sentymentem. Niech poczuje jak to jest, pomyślał. Niech wie, że z dystansu można się poczuć jeszcze bliższym ziemi. Zrozumieć wspólną genealogię materii wszelakiej. Komety tańczyły dookoła Alexandra, zaplatając swe warkocze wokół jego szyi. Rozplatał je na przekór, chcąc zanurzyć palce we włosach Helloise jak w zwiewnych mgławicach, których prądowi poddawał się bez sprzeciwu. Chciał przecież tańczyć razem z nią. Pływał w gwiezdnych strumieniach, pozwalając ponieść się hen daleko w stronę galaktyk odległych od Drogi Mlecznej o lata świetlne. Uwielbiał, że tylko w kosmosie określenie upływu czasu mogło służyć do opisania pokonanego dystansu. Tak oto czas stawał się przestrzenią. Wiele było poezji w prawach fizyki. Alexander widział metafory w równaniach matematycznych, a rozprawy naukowe traktował na równi z traktatami filozoficznymi. Gdy spoglądał w niebo, rozumiał najpełniej, że przyszłość jest odbiciem przeszłości. W końcu do jego oczu docierało światło sprzed tysięcy lat. Nie da się zmienić przyszłości, mówił czasem. Ale znów, determinizm był uproszczeniem. Niczym więcej jak aberracją na soczewce percepcji, a daru trzeciego oka nie wolno było traktować jak zepsutej lunety. Obserwacja nie oznaczała bierności. Sam akt patrzenia zmieniał równowagę układu, w którym obowiązywała zasada nieoznaczności. Patrzeć znaczyło uczestniczyć. Nie istniał więc stan pozbawiony interferencji, każda obserwacja była bowiem eksperymentem. Wszystko zależało od tego, kto patrzył, jak patrzył, na co patrzył... Tak jak pewność zastępowało prawdopodobieństwo, tak wola nie była iluzją wynikającą z niewiedzy, lecz fluktuacją stanów kwantowych. Instrumentarium nigdy nie było wadliwym, powtarzał sobie. Nawet najmniejsza początkowa niepewność pomiarowa, fizycznie niezbywalna, rosła wykładniczo, z czasem czyniąc popełnioną prognozę niemal bezsensowną. Nie mógł więc przewidzieć wszystkiego. Nie mógł... Nie mógł. Po prostu nie mógł.
Ale przecież obiecałeś mi gwiazdkę z nieba, zażądała we śnie Lorien, kapryśnie odwracając od niego głowę, obiecałeś, Alex! Obiecałeś! Alexander uśmiechnął się do niej, ale gdy złapał ją za rękę, żeby przyciągnąć ją do siebie, pocieszyć, pokazać jej, w którą stronę powinna patrzeć, żeby dostrzec tę najjaśniejszą gwiazdę na niebie. Pokazał jej psią gwiazdę. Pokazał jej Syriusza, który nie należał do północnego nieba, lecz wciąż był widocznym. Zimą leżał nisko nad południowym horyzontem, jak pies, który łasi się do stóp swojego pana.
– A może nie chcesz najjaśniejszej, tylko największą? – spytał cicho Alexander, pokazując na Betelgezę. Czerwonego nadolbrzyma położonego w Orionie, którego zmienną naturę obserwować dało się gołym okiem. Patrzyli oboje jak puchnie i zapada się, wytracając materię w postaci wiatru gwiazdowego. Patrzyli jak powoli umiera.
– Betelgeza jest już u schyłku swego życia – wyszeptał czule nad uchem Lorien. – Może umrzeć za tysiąc lat, może za sto. A może umrzeć choćby i jutro. A gdy umrze, wybuchnie jako supernowa. – Odgarnął ciemne włosy z jej twarzy. – Tak oto odpadnie Orionowi jego prawica. Tak potężna, że mogłaby pomieścić w sobie tysiąc naszych słońc. Tak... Krucha. Wiesz, że Orion był bratem Polifema? Tego samego, któremu wyłupił oko Odyseusz. Można żyć bez oka, ale bez ręki? – Alexander pokręcił delikatnie głową. – A jednak gdy Betelgeza wybuchnie, wyrzuci z siebie materię, która zasili obłoki międzygwiezdne. Skondensuje się w nowe gwiazdy, stanie się częścią nowych planet. Nasi przodkowie wiedzieli już przed wiekami, że wszystko co żyje, musi umrzeć. Ale przecież nic nie umiera tak naprawdę.
Gdy jednak spojrzał w gwiazdy, zrozumiał, że sen zdążył się zmienić. Odwrócił się, żeby zatrzymać odchodzącą Lorien, ale teraz to Scarlett złapała jego rękę, prosząc o kawałek nieba. "Tylko kawałeczek", powiedziała, chociaż nie przemawiała swoim głosem, a głosem Scylli, która prosiła go podczas Spalonej Nocy o kroplę krwi. Tylko kropelkę. Alexander westchnął, jak gdyby z rozżaleniem. Wiedział jak opisać równaniem trajektorię ruchu planet, ale język małych dziewczynek wciąż był mu obcym. Obudził się, przypominając sobie, że obiecał Scarlett, że poćwiczy z nią dzisiaj rzucanie nici.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat