05.03.2023, 02:21 ✶
Dobre pytanie.
Co właściwie tutaj robił? Ulysses sam nie wiedział. Nie potrafił wyjaśnić czemu właściwie tu przyszedł, czego oczekiwał i czy to co zobaczył, zawiodło jego oczekiwania czy wprost przeciwnie. Właściwie to w tej chwili stał. Stał naprzeciwko Danielle Longbottom i patrzył na nią poważnym, czujnym wzrokiem. Uciekał? Próbował uciec? Nie chciał walczyć? Istniała jakaś właściwa odpowiedź na zadane przez nią pytanie?
- Ja… - zaczął i urwał. Dotknął go ten sam problem co zawsze. Był słabym mówcą, któremu brakowało elementarnego talentu do wysłowienia się. Nawet kłamać umiał dobrze tylko wtedy, gdy wcześniej przygotował sobie w głowie całe kłamstwo. A na marszu, w ciągu tylko paru chwil, działo się zbyt wiele by otrzymał niezbędny czas do ułożenia sobie odpowiedzi w głowie. – Teraz próbuję się stąd wydostać – wydusił z siebie wreszcie dość niezręcznie.
Pomyślał, że zabrzmiało to tak, jakby był tchórzem. I może rzeczywiście był tchórzem. To, że podczas marszu stał z boku, bez rozkazów ze strony ojca, neutralny jak Szwajcaria, dobrze pokazywało jak wielkim. Albo jak bardzo nie pasował do konfliktu.
Drgnął.
Zmarszczył brwi, zdziwiony tym, że Danielle zdecydowała się złapać go za nadgarstek i pociągnąć za sobą. To był dla niego dość nieoczekiwany gest. Unikał dotyku, bo jego niezrównana, przeklęta pamięć zapamiętywała wszystko. A on nie chciał potem przypominać sobie. A teraz szedł razem z nią, zdając sobie sprawę, że będzie to pamiętał już zawsze. Jej rękę na swoim nadgarstku, tłum skandujących ludzi z boku. Przekleństwa i groźby kierowane w stronę ludzi pozbawionych magii. Wyzwiska i obelgi płynące w drugą stronę. Znaki, że dwie strony miały rację i dwie strony bezustannie się myliły. Pierwsze odgłosy narastającego konfliktu.
Ulysses dawno już odkrył, że niewielu ludzi dysponowało pamięcią podobną do niego. Kiedy on roztrząsał i analizował wszystko, oni zapominali. Po czasie, gdy ciągle mógł wspomnieć tembr głosu mówiącego i wykrzyczane słowa, zdarzało się, że jego rozmówca nie pamiętał nawet tego, że byli pokłóceni.
Tak samo będzie z Danielle, pomyślał. Za jakiś czas jej pamięć ulegnie zniekształceniu. Najpierw zapomni o uścisku na nadgarstku. Potem o tym, że stanąłem na jej drodze. Wreszcie uzna, że to ona mnie wyciągnęła. A za dziesięć lat? Za dziesięć lat pewnie nie będzie nawet pamiętała, że spotkaliśmy się na marszu.
Ale teraz to nie miało znaczenia. Ulysses odwrócił wzrok od Danielle. Znowu zainteresował się marszem, choć tak naprawdę, naprawdę, ciągle najchętniej by po prostu stąd uciekł. Ciągle też mógł uciec. Nikt go tu nie trzymał na siłę. Chociaż nieprawda. Chciał tu zostać. Nie dla charłaków lub ich przeciwników. Chciał zostać obok uzdrowicielki, żeby za dziesięć lat wciąż pamiętała, że spotkali się na marszu.
- Pomogę ci – powiedział cicho. – O ile dasz mi instrukcje, co właściwie mam robić.
Co właściwie tutaj robił? Ulysses sam nie wiedział. Nie potrafił wyjaśnić czemu właściwie tu przyszedł, czego oczekiwał i czy to co zobaczył, zawiodło jego oczekiwania czy wprost przeciwnie. Właściwie to w tej chwili stał. Stał naprzeciwko Danielle Longbottom i patrzył na nią poważnym, czujnym wzrokiem. Uciekał? Próbował uciec? Nie chciał walczyć? Istniała jakaś właściwa odpowiedź na zadane przez nią pytanie?
- Ja… - zaczął i urwał. Dotknął go ten sam problem co zawsze. Był słabym mówcą, któremu brakowało elementarnego talentu do wysłowienia się. Nawet kłamać umiał dobrze tylko wtedy, gdy wcześniej przygotował sobie w głowie całe kłamstwo. A na marszu, w ciągu tylko paru chwil, działo się zbyt wiele by otrzymał niezbędny czas do ułożenia sobie odpowiedzi w głowie. – Teraz próbuję się stąd wydostać – wydusił z siebie wreszcie dość niezręcznie.
Pomyślał, że zabrzmiało to tak, jakby był tchórzem. I może rzeczywiście był tchórzem. To, że podczas marszu stał z boku, bez rozkazów ze strony ojca, neutralny jak Szwajcaria, dobrze pokazywało jak wielkim. Albo jak bardzo nie pasował do konfliktu.
Drgnął.
Zmarszczył brwi, zdziwiony tym, że Danielle zdecydowała się złapać go za nadgarstek i pociągnąć za sobą. To był dla niego dość nieoczekiwany gest. Unikał dotyku, bo jego niezrównana, przeklęta pamięć zapamiętywała wszystko. A on nie chciał potem przypominać sobie. A teraz szedł razem z nią, zdając sobie sprawę, że będzie to pamiętał już zawsze. Jej rękę na swoim nadgarstku, tłum skandujących ludzi z boku. Przekleństwa i groźby kierowane w stronę ludzi pozbawionych magii. Wyzwiska i obelgi płynące w drugą stronę. Znaki, że dwie strony miały rację i dwie strony bezustannie się myliły. Pierwsze odgłosy narastającego konfliktu.
Ulysses dawno już odkrył, że niewielu ludzi dysponowało pamięcią podobną do niego. Kiedy on roztrząsał i analizował wszystko, oni zapominali. Po czasie, gdy ciągle mógł wspomnieć tembr głosu mówiącego i wykrzyczane słowa, zdarzało się, że jego rozmówca nie pamiętał nawet tego, że byli pokłóceni.
Tak samo będzie z Danielle, pomyślał. Za jakiś czas jej pamięć ulegnie zniekształceniu. Najpierw zapomni o uścisku na nadgarstku. Potem o tym, że stanąłem na jej drodze. Wreszcie uzna, że to ona mnie wyciągnęła. A za dziesięć lat? Za dziesięć lat pewnie nie będzie nawet pamiętała, że spotkaliśmy się na marszu.
Ale teraz to nie miało znaczenia. Ulysses odwrócił wzrok od Danielle. Znowu zainteresował się marszem, choć tak naprawdę, naprawdę, ciągle najchętniej by po prostu stąd uciekł. Ciągle też mógł uciec. Nikt go tu nie trzymał na siłę. Chociaż nieprawda. Chciał tu zostać. Nie dla charłaków lub ich przeciwników. Chciał zostać obok uzdrowicielki, żeby za dziesięć lat wciąż pamiętała, że spotkali się na marszu.
- Pomogę ci – powiedział cicho. – O ile dasz mi instrukcje, co właściwie mam robić.