05.03.2023, 03:11 ✶
- Wcale – sprostował machinalnie. Och, dotarło do niego, że panna Black próbowała mu dopiec, że naprawdę niewielu ludzi mogłoby uznać wycieczkę do biblioteki (i to jeszcze w majowe, przyjemne przedpołudnie) za pasjonującą. Nawet on nie wyobrażał sobie tego za specjalnie interesujące i nawet jemu udawało się wyłapać takie szczegóły.
Ale to nie miało większego znaczenia. To znaczy miało, gdyby ktoś dał Ulyssesowi alternatywę. Gdyby mógł stanąć przed wyborem, czy spędzić ten czas z opryskliwą, ale całkiem interesującą Lycoris, czy też kimś innym, może nie tak interesującym, ale przyjaznym. Tylko, że nie miał takiej alternatywy, więc jego decyzja, by wciąż siedzieć obok niej, zamiast – po prostu wstać i odejść – mogła wyglądać na żałosną, ale jemu wydawała się całkowicie racjonalna.
A on podejmował w swoim życiu tylko dwa rodzaje decyzji: racjonalne i te, które zadowolą jego ojca. Te pierwsze raczej intuicyjnie, kierując się tym jak skonstruowany pozostawał jego umysł. Te drugie, bez zastanowienia, z pierwotnej potrzeby by spełnić pokładane w nim wymagania.
- To nie politowanie. To zdziwienie – sprostował. Albo zaskoczenie, ale oba słowa były zbyt podobne do siebie, by miał je wypowiadać jednocześnie. W ogóle to był taki moment, w którym Ulysses – gdyby tylko był innym nastolatkiem, mniej zamkniętym w sobie, niezręcznym towarzysko i pozbawionym choroby Milforda, zapytałby Lycoris o to, co sprawiło, że nienawidziła życia i jak bardzo dosłowna była to nienawiść. Nie znał jej nietypowej (choć właściwie typowej, ale rzadko spotykanej wśród czarodziei) zdolności do wywoływania umarłych. – Żeby wiedzieć.
W pamięci stanęła mu przypowiastka przeczytana w jednej z książek o dalekim wschodzie. O tym jak pewien mężczyzna spotkał przyglądającą mu się Śmierć w zajeździe w Taszkiencie. Tak bardzo przeraził się, że przyszła po niego, że postanowił przed nią uciec. Wskoczył na najbardziej rączego wierzchowca, jakiego tylko mógł znaleźć i przed wieczorem bezpiecznie dotarł do Samarkandy. Tam wszedł do kolejnej gospody by wynająć pokój na nocleg. Zamówił również kolację i usiadł z nią przy jednym ze stołów. A gdy podniósł wzrok znowu zobaczył, że przy jego stole siedzi Śmierć. „Przecież zbiegłem przed tobą w Taszkiencie!” – zawołał. „Ja również bardzo się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam cię w Taszkiencie” – odpowiedziała. – „Od początku mieliśmy umówione spotkanie w Samarkandzie.” Gdyby to Lycoris miała być tym mężczyzną, korzystając ze swojego talentu, mogłaby nigdy nie wynająć konia by następnego wieczora pojawić się w Samarkandzie.
- Wiedzieć czego unikać. Wiedzieć na co wyczekiwać – dopowiedział.
Splótł ręce w koszyczek. Znowu przeszło mu przez myśl, że powinien jednak dać jej spokój, podnieść się z miejsca i zniknąć między półkami. Tam poszukać czegoś, czego jeszcze nie przeczytał o astronomii. Spędzić kolejne kilka godzin zaszyty w jednym w zaułków i pochłonięty lekturą, którą rozumiał.
Ale to nie miało większego znaczenia. To znaczy miało, gdyby ktoś dał Ulyssesowi alternatywę. Gdyby mógł stanąć przed wyborem, czy spędzić ten czas z opryskliwą, ale całkiem interesującą Lycoris, czy też kimś innym, może nie tak interesującym, ale przyjaznym. Tylko, że nie miał takiej alternatywy, więc jego decyzja, by wciąż siedzieć obok niej, zamiast – po prostu wstać i odejść – mogła wyglądać na żałosną, ale jemu wydawała się całkowicie racjonalna.
A on podejmował w swoim życiu tylko dwa rodzaje decyzji: racjonalne i te, które zadowolą jego ojca. Te pierwsze raczej intuicyjnie, kierując się tym jak skonstruowany pozostawał jego umysł. Te drugie, bez zastanowienia, z pierwotnej potrzeby by spełnić pokładane w nim wymagania.
- To nie politowanie. To zdziwienie – sprostował. Albo zaskoczenie, ale oba słowa były zbyt podobne do siebie, by miał je wypowiadać jednocześnie. W ogóle to był taki moment, w którym Ulysses – gdyby tylko był innym nastolatkiem, mniej zamkniętym w sobie, niezręcznym towarzysko i pozbawionym choroby Milforda, zapytałby Lycoris o to, co sprawiło, że nienawidziła życia i jak bardzo dosłowna była to nienawiść. Nie znał jej nietypowej (choć właściwie typowej, ale rzadko spotykanej wśród czarodziei) zdolności do wywoływania umarłych. – Żeby wiedzieć.
W pamięci stanęła mu przypowiastka przeczytana w jednej z książek o dalekim wschodzie. O tym jak pewien mężczyzna spotkał przyglądającą mu się Śmierć w zajeździe w Taszkiencie. Tak bardzo przeraził się, że przyszła po niego, że postanowił przed nią uciec. Wskoczył na najbardziej rączego wierzchowca, jakiego tylko mógł znaleźć i przed wieczorem bezpiecznie dotarł do Samarkandy. Tam wszedł do kolejnej gospody by wynająć pokój na nocleg. Zamówił również kolację i usiadł z nią przy jednym ze stołów. A gdy podniósł wzrok znowu zobaczył, że przy jego stole siedzi Śmierć. „Przecież zbiegłem przed tobą w Taszkiencie!” – zawołał. „Ja również bardzo się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam cię w Taszkiencie” – odpowiedziała. – „Od początku mieliśmy umówione spotkanie w Samarkandzie.” Gdyby to Lycoris miała być tym mężczyzną, korzystając ze swojego talentu, mogłaby nigdy nie wynająć konia by następnego wieczora pojawić się w Samarkandzie.
- Wiedzieć czego unikać. Wiedzieć na co wyczekiwać – dopowiedział.
Splótł ręce w koszyczek. Znowu przeszło mu przez myśl, że powinien jednak dać jej spokój, podnieść się z miejsca i zniknąć między półkami. Tam poszukać czegoś, czego jeszcze nie przeczytał o astronomii. Spędzić kolejne kilka godzin zaszyty w jednym w zaułków i pochłonięty lekturą, którą rozumiał.